piątek, 7 grudnia 2018

Jutro zobaczę Atlantyk


O 11 zostawiłem za sobą po raz pierwszy od kilku dni słoneczny Rotterdam. Słońce suszyło kałuże przed dworcem, w których w papierowe flupy obracały się resztki jointów, dopalanych nerwowo przez oczekujących na międzynarodowe ekspresy.

Dojechałem do Paryża superexpressem Thalys. Pociąg najlepsze lata miał już za sobą, o czym świadczyła lekko powycierana wykładzina i siedzenia obite czerwonym materiałem, który zadawałby szyku w latach 80-tych, ale teraz było to już trochę passe. poza tym było dość ciasno, ale za to bardzo szybko. Z Holandii do Paryża jedzie się bowiem tylko 2 i pół godziny. Ledwie człowiek zdąży wypić piwo w restauracyjnym, a już jest w trzecim, po Holandii i Belgii, kraju.



Hostel wynająłem przy stacji metra Exelmans, a na pierwszy spacer poszedłem do Lasku Bulońskiego. Bo był blisko. Tylko nie doceniłem jego wielkości i szwędałem się tam 3 godziny. Turystów, poza mną, było bardzo niewielu, spotykało się niemal wyłącznie biegaczy, rolkarzy, rowerzystów. Widziałem też prostytutki, ale godzina 13 to nie był nawet początek biznesu, więc jedynie ospale przeciągały się między krzakami i drzewami. Przy wyjściu z ogrodów różanych Bagateli, idąc w towarzystwie 5 kotów, widziałem niewielkiego vana, z wyrem w środku, gdzie dokonywały się cielesne uciechy. Coś a’la przewoźny sklep, ale nie z pieczywem, tylko określoną usługą.



Metrem zapchanym po sufit pojechałem na stację Pigalle. Zapomniałem sprawdzić, czy rzeczywiście na placu przy którym ją zbudowano są najlepsze kasztany, ale o kasztany potykałem się wszędzie, więc pewnie te jadalne też miały swój najlepszy czas. A trzeba wiedzieć, że wrzesień właśnie przepoczwarzał się w październik. Wspinałem się w górę Montmartu, nie do końca wiedząc co chcę zobaczyć w tym miejscu i czego oczekiwać. Doszedłem do stacji Abbesses, która swoje 5 minut miała w filmie Amelia. Dlatego właśnie przeżywała oblężenie zarówno nad ziemią, jak pod ziemią. Japończycy, Chińczycy, Azjaci generalnie, blokowali korzystanie ze stacji zwykłym pasażerom. Trzeba było uważać, żeby nie dostać w łep selfistikiem. Po spacerze po Lasku Bulońskim, to było prawdziwe turystyczne piekło. Wszędzie wrzask, wrzawa i wrr. Najgłośniej darli się Polacy.

– Daria, kurwa, gdzie ty się podziewasz – wrzeszczała blond piękności zdrowo po 50-tce.

- Jidę, Jidę. Byłam popatrzeć na tote toto tam – pokornie odparskiwała Daria (lat około 45) – Weź Ty zoba na parasole, weź zobazoba – wrzeszczało to podniecone i oszołomione. I miotało się szyldami wystaw, uważnie stąpając pomiędzy kostkami brukowymi, w których zastygły wymiociny. Oby tylko ufajdać srebrnych, niedzielnych szpilek. 



Ludzi waliło w dół i w górę setkami. Nie jestem w stanie ocenić po co ludzie gromadzą się w sotnie i kolonizują ładne dzielnice, miasta, ulice, przestrzeń generalnie. Wszystko było tu rozdeptane i zmemłane, a na domiar złego nigdy już nie wróci do normalności. No bo czy po Amelii Montmartre przeżyje jeszcze kiedyś chwilę spokoju? Kiedy? Podczas trzydniowej ulewy? Podczas zimy stulecia? Kiedy hordy wściekłych Francuzów zaczną palić sklepy, bo podwyższono podatek za benzynę o 2 centy na litrze? Każdy dzień dobrej pogody będzie wrogiem tej dzielnicy, czyniąc z nią turystyczną wydmuszkę samej siebie.

Kilkadziesiąt metrów od Atelier Pabla Picassa rozłożyli się rastamani. Grali przepięknie. Była gitara, flet, skrzypce, pudło, cahon (ja musiałem sprawdzić w internecie jak to się nazywa, więc Wy też możecie sprawdzić, co to jest). Robili muzykę tak kompletną, pełną zwrotów, niezwykle melodyjną, że przesiedziałem z nimi godzinę. Było jeszcze ciekawiej, gdy do muzykowania dołączył się Marokańczyk, który dorabiał partie wokalne do improwizowanej muzyki, robiąc sobie przerwy na dojaranie haszyszu. Och, jakże przyjemny był w tej chwili Paryż.



Chciałem iść jeszcze na cmentarz Montmartre, bo liczyłem na trochę spokoju. Ale nad cmentarzem rozpięta jest droga szybkiego ruchu, którą zbudowano w 1889 roku, by ułatwić dojazd do centrum gościom wystawy światowej (pokazano wówczas także Wieżę Eiffla). Skoro więc o ciszy rodem z warszawskich Powązek można było zapomnieć, nie widziałem możliwości kontemplowania ludzkich losów przy hałasie ciężarówek. Prochy Słowackiego, które tu kiedyś leżały, przeniesiono na cmentarz w Wilnie. Może też mu za głośno było?



Spokój znalazłem obok Wieży. Pola Marsowe są na tyle duże, że nie sposób zapełnić ich całych turystami (a może się mylę?). Nieco na uboczu usiadłem i pomyślałem, że fajny ten Paryż, ale spokoju to tu nie zaznam. Szukając oparcia w przestrzeni wypatrzyłem na rogu zieleńca Jehowych i  spokojnie obserwowałem, jak stoją sobie za stojakiem ze Strażnicami.

***

Teraz jadę z prędkością 320 kilometrów na godzinę przez francuski interior TGV z Paryża do Hendaye, niewielkiej mieściny przy granicy z Hiszpanią. Mijam rozległe pola i zaledwie jakieś miniaturowe wioski. Pierwsze duże miasto, w którym się zatrzymamy to Bordeaux. Gdy pojedziemy dalej na południu od Bordeaux, będzie widać Pireneje, pod którymi 6 lat temu zbierałem winogrona. Obok mnie gościu wprowadza się w trans muzyką przed pieszą pielgrzymką po trasie świętego Jakuba. Pielgrzymka zacznie się, gdy dotknie nogami hiszpańskiej ziemi – tak powiedział.



Moja też się tam zacznie, ale potrwa tylko do hiszpańskiego Irun, gdzie przesiądę się w lokalny pociąg do San Sebastian. Tam z kolei zamierzam siedzieć nad Zatoką Baskijską, jeść chleb z serem i popijać to wszystko sokiem pomarańczowym, a może winem nawet.

O 19:08 w San Sebastian w Kraju Basków wsiądę do Nocnego Pociągu do Lizbony i pojadę nim, przez całą Hiszpanię, do Portugalii. Na razie jednak ciągle jestem zachwycony widokiem z pierwszego piętra TGV na wielkie francuskie nic. Jutro zobaczę Atlantyk.

piątek, 26 października 2018

Niedopałki

Jesienią, chwilę przed listopadową nędzą i rozkładem wszystkiego dookoła, przesiadywaliśmy zwykle z kolegami na dachu kotłowni, która była niską przybudówką przy bloku. Tam działo się najwięcej na osiedlu, zwłaszcza w czasie dyktatury żółtych liści. Na placu przed kotłownią był ogromny skald drewna i węgla, dla nas jedenasto i dwunastolatków - ogromna przestrzeń do zabawy. Trochę dziwna była to zabawa, bo najbardziej upodobaliśmy sobie wrzucanie węgla przez zsyp do hali kotłowni. Kamienie toczyły się po stromych ścianach zsypu i z głuchym hukiem kończyły pod obskurną ścianą. Ale nie to było największą frajdą. Najbardziej podobało nam się, gdy odpowiednio się tym zajęciem pobrudziliśmy. Bo wówczas wydawało nam się, że im bardziej człowiek brudny, tym bardziej zapracowany musi być. Tak strasznie chcieliśmy wyglądać na dorosłych, poważnych i brudnych ludzi. Pić piwo i palić papierosy po pracy, jak robią to wszyscy pracownicy osiedlowej ciepłowni. Wtedy nawet za bardzo nie wiedzieliśmy do czego są papierosy i po co dorośli piją piwo, ale mimo to, chcieliśmy być tacy, jak oni.

Najwięcej o używkach wiedział S. i jako pierwszy zaczął zbierać niedopałki. Dziwiliśmy się bardzo, po co to robi, bo za każdym razem, gdy dopalał peta, było mu niedobrze i strasznie kaszlał. Nie robiliśmy nic, żeby go powstrzymać, bo to było takie ekstra i nielegalne. Po za tym ,była to część przygody, bo zawsze wtedy chowaliśmy się w krzakach za boiskiem, zwanym "łemblej" i lukaliśmy, czy nie wraca z grzybów lub ryb czyjś rodzic.

Wówczas, gdy my przesiadywaliśmy przy kotłowni rojąc związane z wszelakim brudem plany, druga młodzieżowa część osiedla, ta niegrzeczna i znarkotyzowana, chodziła (ciągle mamy pochmurną jesień) na kłusownictwo. W górnej części rzeki Skotawa swoje tarło miała troć. S. znał się na rybach i zwierzętach, i wiele nam wtedy opowiadał o kłusownictwie, wędkowaniu, i polowaniach z ojcem. Byliśmy pełni podziwu dla jego wiedzy w tym temacie, bo w szkole jechał na samych laczkach i dwójach. Nawet z biologii nie szło mu najlepiej, za to po lesie łaziło się z nim jak z najlepszym przyrodnikiem. Wiedział wszystko o wszystkim, co nas otaczało. No i był najszybszym biegaczem jakiego poznałem w życiu. Taki Usain Bolt from post-pegieer.

Jak padało i wiało to nie za bardzo było co robić. Dopiero, gdy nad wsią przeszło coś w stylu huraganu, zaczęło się robić wesoło. Przynajmniej dla nas, dzieciaków, bo dorośli to raczej nie byli zadowoleni z ciemności. My biegaliśmy po osiedlu z latarkami i świeciliśmy ludziom po oknach. Ot, taka rozrywka, a ile nam sprawiała przyjemności. Ciekawiej robiło się, gdy szliśmy nad rzekę, bo o tej porze roku wylewała na okoliczne łąki. Ten, kto miał wyższe gumowce, wygrywał wszystko. S. przyszedł kiedyś w woderach ojca. Były na niego zdecydowanie za duże, ale dzięki nim wszedł po pas do rzeki. Wszyscy mu tego zazdrościliśmy. Później wyszło na jaw, że poleźliśmy nad wodę i dostaliśmy szlaban na wychodzenie na dwór. Naszej sytuacji nie poprawił  P., który potknął się raz na mokrym kamieniu i wylądował plecami w rzece. Wszystkie podręczniki przepadły. P. już nie mógł chodzić z nami do szkoły. Rodzice odwozili go każdego dnia samochodem. Trochę było nam przykro, bo P. zawsze wymyślał super zabawy.

Nasze przygody zakończyły się po gimnazjum. Każdy poszedł do innej szkoły i wspólne ścieżki się rozeszły. Już nawet nie gadamy ze sobą, czasem wydaje mi się, że moglibyśmy się spotkać, ale w sumie po co. Dwa lata temu widziałem S. w autobusie i przez pięć minut powspominaliśmy stare dzieje, a resztę drogi do Słupska przemilczeliśmy. Było dziwnie. Niektórych znajomości nie da się odkopać. Tak sądzę.

wtorek, 25 września 2018

Deniz wyjeżdża z Turcji


Wysiadłem z autobusu ze Szczecina w Berlinie, na Alexanderplatz. Piękna letnia aura, którą w połowie września przywiozłem z Polski, zamieniła się nagle w listopadową przemoc deszczowo-wietrzna i nie ma co łudzić się - że to jakoś nas minie. Nie minie, a jeszcze tak dopieprzy, że w kwietniu zawyjemy w błaganiu o plus 5.

W popłochu zakładałem na siebie bluzę z kapturem, kurtkę, długie spodnie i przez te parę sekund po gaciach smagał mnie deszcze i wiatr. Zaś naprzeciwko mnie, za szybą, w poenerdowskim  budynku przypominającym nic kontra nic, dziewczęta w przykrótkich sukienkach tańczyły kankana w knajpie udającej paryskie Moulin Rouge. Tak naprzeciw (gegen) pogodzie i niemieckiemu sztywniactwu.

sobota, 22 września 2018

Powoli na śmierć pociągiem

S-bahn i U-bahn w Berlinie działa tak, że o 1:04 za oknem wciąż hałasują koła podmiejskiej kolejki. Jak ktoś lubi ciszę, to okno powinien przymknąć, choć ciężko to zrobić, gdy na dworze o tej godzinie jest ciągle powyżej 20 stopni Celsjusza. Więc piszę. 

xxx

Na kamienicach w byłym Zachodnim Berlinie wciąż jeszcze można znaleźć tablice z treścią, że tą to a tamtą odbudowano w ramach akcji podnoszenia z ruin Berlina pod koniec lat 40-tych. Przedsięwzięcie było olbrzymie, bo alianckie bombardowania były tu liczne, a szaleńcza obrona Berlina z wiosny 1945 roku dołożyła swoje. Secesyjne kamienice Schoneberg udało się odbudować między innymi dzięki temu, że mostem powietrznym dosyłano tu z wolnego świata cegły (tak, cegły samolotem) i cement. Dzieciaki też nie miały najgorzej, bo z niego zrzucano im cukierki. Tak przynajmniej mówi berlińska miejska legenda. 

piątek, 14 września 2018

U senatora wielki bal

Na tą imprezę Krynica-Zdrój czeka rok. Raz w roku, na początku września, gdy słońce jeszcze ładnie potrafi wyostrzyć kontury okolicznych gór, zjeżdżają się państwo prezesi, nawiedzają Krynicę bogobojni ministrowie, biskupi z wypucowanymi butami zadają szyku w odgrodzonej od gawiedzi płotem przestrzeni. Otwiera się specjalna Biedronka, w amerykańskim pawilonie można za darmo (jeśli dostąpi się zaszczytu posiadania akredytacji lub zaproszenia) zjeść kruasanta i popić go kawą.

To druga twarz Krynicy, której dotąd nie znałem. 4 lata skutecznie unikałem wyjazdu na ten elitarny spęd, do którego, z racji wykonywanego zawodu, jestem odrobinę zobligowany. W końcu ciekawość dołożyła swoje do urlopu kolegi i władowałem się bez wazeliny w paszczę lwa. Torba na kółkach toczyła się „tuktuk” po krynickiej kostce Bauma, mając za konia mnie samego. Może liczyłem na to, że wygrodzę sobie trochę przestrzeni w górach, że nie będzie mnie obchodzić świat niskich manier i dużych pieniędzy.

poniedziałek, 3 września 2018

W krainie Świętej Paraskewy

Żar z nieba zaczął się już wylewać na nas już o dziewiątej rano, gdy czekaliśmy na peronie w Krakowie na opóźniony pociąg do Jarosławia. Mimo wszystko lekki wiatr dodawał otuchy. Chyba powiał dostatecznie dobrze dopiero wtedy, gdy podstawili Pendolino do Gdyni. Niemalże słyszalny był skrzekot mew. No, ale dobra nie będę narzekał, bo w końcu podjechał nasz IC ze sprawną klimatyzacją, więc było git.

Zapakowaliśmy się z rowerami i ruszyliśmy w nieznane. Trochę byłem jeszcze myślami na koncercie Iron Maiden, który widziałem poprzedniego wieczoru. Co ja bredzę, że trochę. Totalnie byłem tym pochłonięty. Porozmawiać się ze mną nie dało, bo w kółko walcowałem materiał, który nagrałem sobie na pamiątkę. Całe półtorej minuty szaleństwa. Warto było.

środa, 22 sierpnia 2018

W Sarajewie życie jest krótkie


O 10 rano, w święto Matki Boskiej Zielnej, w środku muzułmańskiego Sarajewa, było potwornie gorąco. Ciężkie powietrze lądowało w kotlinie, w której położone jest miasto, na szczytach gór gromadziły się ciężkie chmury.

Po trzydniowej podróży pociągami i autobusami z Warszawy nie dało się wstać wcześniej, choć bardzo chciałem. Nie dało się także dlatego, że w nocy, na ganku domku wynajętego od młodego Bośniaka, spotkałem dwójkę Niemców, którzy ochoczo częstowali winem. Do tego w samolocie udało im się przemycić... 5 gram trawy. Gdy okazało się, że dziewczyna (Alex) pracuje dla niemieckiego wydawnictwa publikującego książki Szczerka, a na dodatek wie czym jest balsam Vigor, rozmów i zabawy nie było końca. To znaczy koniec był, ale jakoś wcześnie rano. Gdy po pobudce skierowaliśmy swoje nogi po buły do sklepu okazało się, że najpopularniejszą wódką w Bośni... jest wóda Vigor. Wygląda na to, że na Bałkanach jadą na sławie ukraińskiego trunku.