niedziela, 12 maja 2019

Zło, którego nie unikniesz – krótka historia o pociągu, który się zepsuł

To było tak...

Budzę się z lekka przerażony, bo we śnie ścigał mnie terminator - ten zły, z części drugiej. Zegar wskazuje trzecią w nocy. Do szóstej, bo o tej godzinie miałem zaplanowaną pobudkę, już nie mogę zasnąć. Piję wodę i czekam na atrakcje dnia.

Plan jest prosty. O 7:16 wyjeżdżam ze Słupska Zastępczą Komunikacją Autobusową Pol Regio, by o 9:09 być w Miastku i dalej jechać pociągiem do Szczecinka. Tam przesiadam się w osobowy o 10:03 do Poznania i na miejscu jestem o 13:18. Tak wiem, ZKA to zło, ale wolę jechać autobusem przez Korzybie i Kępice, niż za pomocą drutu przez Koszalin.

Jedziemy tak sobie już jakieś dwie i pół godziny, i nagle bang, pisk, prask, i zgrzyt hamulca przed przejazdem drogowym w Drzonowie, jakieś trzysta metrów przed przystankiem kolejowym. Myślę sobie, pewnie jakiś zwierzak, szkoda, ale zdarza się. Po dziesięciu minutach ruszamy, aby po pięćdziesięciu metrach znowu się zatrzymać. Tym razem pasażerowie zaczynają już się denerwować, a szczególnie pewna starsza pani, żeby nie napisać stara baba. Zaczyna mówić na tyle głośno, że słychać ją w całym wagonie:

- Biega tylko w te i z powrotem.

- Młody jest, to nie jego wina przecież. Szkoda, że mu się trafiło - wtrąca druga kobieta.

Ta pierwsza na chwilę się zamyka i nerwowo przeszukuje torebkę, w końcu znajduje w niej paczkę papierosów i zmierza w kierunku WC, po chwili jednak wychodzi stamtąd z biadoleniem na ustach:

- No nie ruszy dalej, ja pierdolę, do Bożeny na kawę mogę iść. Ona mieszka tu niedaleko. Ja pierdolę nawet zapalić nie mogę, bo alarm w kiblu się włancza.

W tym momencie dociera do mnie, że chwilowe atrakcje szybko zamieniają się w zło, a imię jego to Pol Regio. Już wiem, że planowana przesiadka w Szczecinku nie wypali.

Idę czym prędzej do konduktora i mu mówię, że przesiadka, że pięć minut mam i pytam, czy zdążymy. A on na to, że robi co może i zobaczymy, co będzie. Finalnie przez półtorej godziny biega po pociągu i gada przez telefon, że wszystko jest pod kontrolą i chyba naprawią sami. I naprawdę nie miałbym nic przeciwko ich samodzielnym staraniom, ale oni chcieli usunąć usterkę drutem, który wyciągnęli spod ziemi. Nie mają żadnych narzędzi na pokładzie. Kątem oka widzę, jak do biegu w deszczu po klucze do pobliskiego gospodarstwa, szykuje się pasażer o imieniu Marcin.

- Marcin leć ty, masz mocniejsze nogi – pada z ust kobiety z papierosem.

Marcin wraca po kwadransie z kluczem, który okazuje się nie pasować. Marcin jest mechanikiem samochodowym i przestrzelił rozmiar śruby. No cóż, zdarza się nawet najlepszym. Chwilę później tę samą trasę pokonuje maszynista i przynosi klucz typu "żabka". Wszystko zaczyna się sklejać, a ja mam nadzieję, że w Szczecinku wsiądę w IC o 11:18 i pomknę do Poznania. Jeszcze nie wiem, jak bardzo się mylę.

Siedzimy więc sobie w najlepsze i marzniemy (jest połowa marca), pasażerowie nerwowo palą papierosy i narzekają na kolej. Słychać, jak przez telefon informują, że spóźnią się do pracy lub odwołują wizyty u lekarzy, a dwoje młodych ludzi musi anulować swoje bilety do Wrocławia, bo PKP IC się na nich wypięło i zapowiedziało, że żadnego czekania na stacji w Szczecinku nie będzie.

- Klucz Bożenie oddajcie, bo wstyd będzie - dochodzi z końca wagonu.

Po godzinie jedenastej przyjeżdża autobus i zawozi nas do Szczecinka. Wystarczyłoby gdyby IC poczekał na nas około dwudziestu minut i dziesięciu pasażerów nie musiałoby oczekiwać na kolejne połączenie, które było dopiero po godzinie 14. Co ciekawe, ci czekający na stacji w Szczecinku na podróż w kierunku Słupska, nic nie wiedzą o awarii i czekają na pociąg widmo. Dopiero od nas dowiadują się, że transportu nie będzie. Widziałem, że wkurwieni wsiadają w zardzewiały PKS. Nikomu z pracowników dworca nie chce się puścić komunikatu sugerującego porażkę przewozową, a tym bardziej zorganizować ZKA. No dramat.

Wybija południe i dociera do mnie, że nie zdążę na pociąg o 17:30 z Poznania do Warszawy. Zdeterminowany idę łapać stopa. Po godzinnej próbie zatrzymania auta poddaję się i kupuję 200 ml pigwówki. Jest mi smutno i zimno.

Do Poznania docieram o 18., a miałem być o 13:18. Dalsza historia dnia jest już mniej atrakcyjna. Udaje mi się wymienić bilety na późniejszy pociąg do stolicy i podróż kończę około północy. Dodam jeszcze, że IC do największego miasta w Polsce też się spóźnił, ale tylko dwadzieścia minut, a na dworcu centralnym powitał nas Michaś z piwem na otarcie łez. Później było tylko lepiej.
Po legendarnym Barze Skorpion w Szczecinku została już tylko część szyldu i ten nędzny budynek.

poniedziałek, 6 maja 2019

Pociąg relacji Charków – Rachów kończy bieg


Obudziłem się przed Tatarowem w fotelu bezprzedziałowego wagonu. Dotąd nie wiedziałem, że Ukraińcy też takie mają, a ten był do tego połączony z barem. Za oknem mgła. Widać było tylko nieliczne kontury wzgórz, które przeradzały się powoli w góry. To trochę za mało by zobaczyć je w należytej ostrości. Jakbyśmy jechali do Gotham. Potężna lokomotywa z mozołem wjeżdżała coraz wyżej i wyżej w karpackie przestrzenie, emitując przy tym wielkie chmury spalin.




środa, 20 lutego 2019

Belgia. Piękno i Bestie

Belgia. Piękno i bestie

Zinfandel Rose rozjaśnia zimową ciemność za oknem. Jest noc i jest czwarte piętro wieżowca w centrum Warszawy. Przypominam sobie, kiedy właściwie pierwszy raz byłem w Belgii. To było chyba w maju 2013 roku. A to będzie właśnie krótka opowieść o Belgii, jaka mi się zdarzała. Ponieważ Belgię bardzo lubię.

piątek, 21 grudnia 2018

Zginąłem po raz pierwszy

Uważaj na słonie, bo ci mogą zdeptać dłonie.

To nie będzie piękna ballada o miłości i przyjaźni, bo wszystko zaczyna się od rozpadu i chęci mordu, a to dlatego, że ledwie zdążyliśmy na pociąg do Berlina. Na domiar złego musieliśmy biec, bo każdy inny środek transportu w Poznaniu zawiódł. Podobno dużo ludzi kocha biegać (niech im ziemia lekką będzie), ale ja i M. z pewnością nie należymy do tego grona. Wszystko to przeze mnie, bo nie mogłem się ogarnąć z wyjściem, a potem była już tylko lawina złych wypadkowych z fuksiarskim finałem. W końcu jechaliśmy upragnionym żelaznym szlakiem, nietypowo jak na nas, na zachód.

piątek, 7 grudnia 2018

Jutro zobaczę Atlantyk


O 11 zostawiłem za sobą po raz pierwszy od kilku dni słoneczny Rotterdam. Słońce suszyło kałuże przed dworcem, w których w papierowe flupy obracały się resztki jointów, dopalanych nerwowo przez oczekujących na międzynarodowe ekspresy.

Dojechałem do Paryża superexpressem Thalys. Pociąg najlepsze lata miał już za sobą, o czym świadczyła lekko powycierana wykładzina i siedzenia obite czerwonym materiałem, który zadawałby szyku w latach 80-tych, ale teraz było to już trochę passe. poza tym było dość ciasno, ale za to bardzo szybko. Z Holandii do Paryża jedzie się bowiem tylko 2 i pół godziny. Ledwie człowiek zdąży wypić piwo w restauracyjnym, a już jest w trzecim, po Holandii i Belgii, kraju.

piątek, 26 października 2018

Niedopałki

Jesienią, chwilę przed listopadową nędzą i rozkładem wszystkiego dookoła, przesiadywaliśmy zwykle z kolegami na dachu kotłowni, która była niską przybudówką przy bloku. Tam działo się najwięcej na osiedlu, zwłaszcza w czasie dyktatury żółtych liści. Na placu przed kotłownią był ogromny skald drewna i węgla, dla nas jedenasto i dwunastolatków - ogromna przestrzeń do zabawy. Trochę dziwna była to zabawa, bo najbardziej upodobaliśmy sobie wrzucanie węgla przez zsyp do hali kotłowni. Kamienie toczyły się po stromych ścianach zsypu i z głuchym hukiem kończyły pod obskurną ścianą. Ale nie to było największą frajdą. Najbardziej podobało nam się, gdy odpowiednio się tym zajęciem pobrudziliśmy.

wtorek, 25 września 2018

Deniz wyjeżdża z Turcji


Wysiadłem z autobusu ze Szczecina w Berlinie, na Alexanderplatz. Piękna letnia aura, którą w połowie września przywiozłem z Polski, zamieniła się nagle w listopadową przemoc deszczowo-wietrzna i nie ma co łudzić się - że to jakoś nas minie. Nie minie, a jeszcze tak dopieprzy, że w kwietniu zawyjemy w błaganiu o plus 5.

W popłochu zakładałem na siebie bluzę z kapturem, kurtkę, długie spodnie i przez te parę sekund po gaciach smagał mnie deszcze i wiatr. Zaś naprzeciwko mnie, za szybą, w poenerdowskim  budynku przypominającym nic kontra nic, dziewczęta w przykrótkich sukienkach tańczyły kankana w knajpie udającej paryskie Moulin Rouge. Tak naprzeciw (gegen) pogodzie i niemieckiemu sztywniactwu.