wtorek, 25 września 2018

Deniz wyjeżdża z Turcji


Wysiadłem z autobusu ze Szczecina w Berlinie, na Alexanderplatz. Piękna letnia aura, którą w połowie września przywiozłem z Polski, zamieniła się nagle w listopadową przemoc deszczowo-wietrzna i nie ma co łudzić się - że to jakoś nas minie. Nie minie, a jeszcze tak dopieprzy, że w kwietniu zawyjemy w błaganiu o plus 5.

W popłochu zakładałem na siebie bluzę z kapturem, kurtkę, długie spodnie i przez te parę sekund po gaciach smagał mnie deszcze i wiatr. Zaś naprzeciwko mnie, za szybą, w poenerdowskim  budynku przypominającym nic kontra nic, dziewczęta w przykrótkich sukienkach tańczyły kankana w knajpie udającej paryskie Moulin Rouge. Tak naprzeciw (gegen) pogodzie i niemieckiemu sztywniactwu.

Wtem zjawił się pan. Pan pytał, czy mówię po angielsku. No, mówię trochę. A czy wiem, skąd odjedzie stąd autobus do Pragi o 3 w nocy? Tak, wiem, ale jest 21. Idźmy do knajpy.

Deniz ma 32 lata, jest Turkiem i mieszka jeszcze w Stambule. Morze (Deniz po turecku oznacza morze) zajmuję się analizą porównawczą języka tureckiego (w różnych odmianach) z językiem Kurdów i innymi językami bliskowschodnimi. A że państwo tureckie pod rządami pana Erdogana nie lubi ani Kurdów, ani obiektywnych naukowców i dziennikarzy, a w zasadzie nie lubi też nikogo, kto nie lubi Erdogana, Deniz ma przejebane.

- W zasadzie decyzja o wyjeździe jest już podjęta. Tego co kocham nie da się robić w Turcji. To jest chore, bo jestem Turkiem.  Erdogan wsadził do więzienia tysiące niezależnych dziennikarzy, zaczyna wsadzać pracowników naukowych – mówił Deniz i opowiadał o możliwych kierunkach emigracji. To znaczy kierunek był jeden i to były Niemcy, natomiast miasta do wyboru były różne. Ze trzy wymienił.

– Jak tak dalej pójdzie to zostaniemy w czołówce posiadania w dupie praw wszelakich razem z Wami i Węgrami. Polska, Węgry, Turcja… – powiedziałem.

– Ja Wam tego nie życzę. Polska, to taki fajny kraj – powiedział Deniz o karnacji jaśniejszej niż skóra matki każdego z moich kumpli. I opowiadał, że Turcja to też fajny kraj.

- Ajbeliwju – powiedziałem. Wierzyłem, choć nigdy nie byłem.

xxx

Dzień wcześniej w Słupsku rozmawiałem z przygodnie poznanym gościem. Opowiadałem o Hanowerze, w którym kilka dni wcześniej spałem w fatalnych warunkach (tu informacja dodatkowa: Wiedzieć trzeba, że plaża, ławka, pociąg TLK i smród nie są mi straszne, ale upierdolony prysznic i kał co spływa w rurach obok twojej głowy od sąsiada nad Tobą, to już fo pa, kiedy się za to płaci grube pieniądze). Apartament był prowadzony przez Turka, ale syf w nim robili Polacy – gastarbaiterzy od budowlanki - o czym świadczyły przechodzące przez ściany kurwy, smród spalonego kurczaka, porozrzucane pety z Polski, a wreszcie osobiste spotkanie. Ale zdążyłem tylko powiedzieć, że chata wynajmowana przez Turka, próbując dojść do puenty o Polakach, gdy mi przerwano.  

- Wiadomo. Brudasy – taką usłyszałem puentę.

- To Polacy ten syf robili – powiedziałem. Tu chwila namysłu.

- …Ale nie wszyscy tacy są! – usłyszałem.

- Ale za to wszyscy Turcy to brudasy – pomyślałem z ironią. Pomyślałem, bo dalsza dyskusja nie miała sensu. Nie wolno tak uderzać w białego Polaka… Poza tym Deniz wciąż uważa, że Polska to „taki fajny kraj”, a Polacy gdzieś skrywają swoje patologiczne sympatię, bo Turcja to drugi najpopularniejszy kierunek ich zorganizowanych podróży.

sobota, 22 września 2018

Powoli na śmierć pociągiem

S-bahn i U-bahn w Berlinie działa tak, że o 1:04 za oknem wciąż hałasują koła podmiejskiej kolejki. Jak ktoś lubi ciszę, to okno powinien przymknąć, choć ciężko to zrobić, gdy na dworze o tej godzinie jest ciągle powyżej 20 stopni Celsjusza. Więc piszę. 

xxx

Na kamienicach w byłym Zachodnim Berlinie wciąż jeszcze można znaleźć tablice z treścią, że tą to a tamtą odbudowano w ramach akcji podnoszenia z ruin Berlina pod koniec lat 40-tych. Przedsięwzięcie było olbrzymie, bo alianckie bombardowania były tu liczne, a szaleńcza obrona Berlina z wiosny 1945 roku dołożyła swoje. Secesyjne kamienice Schoneberg udało się odbudować między innymi dzięki temu, że mostem powietrznym dosyłano tu z wolnego świata cegły (tak, cegły samolotem) i cement. Dzieciaki też nie miały najgorzej, bo z niego zrzucano im cukierki. Tak przynajmniej mówi berlińska miejska legenda. 

Ale nie wszystko odbudowano. Niedaleko kanału Landwehr, jakieś 300 metrów na północ od stacji metra Mockernbrucke stoi sobie ruina, odpicowana jak Koloseum. Cegły, które normalnie oberżnęły by się na głowy grający w pobliżu w piłkę dzieci, specjalnie zabezpieczono. Wyglądało to jak gotowy element wojennej dioramy w skali 1:1, gotowy do zagrania w filmie. Roślinne motywy na resztkach elewacji były liczne, że aż sobie pomyślałem, że to resztki synagogi. Ale to był dworzec Anhalter. 

Z peronu pierwszego o 6:07 zazwyczaj odchodził pociąg do Drezna. Na specjalne zarządzenie od gorącego czerwca 1942 do podłego zabłoconego marca 1945 roku Koleje Rzeszy dołączały do składu w kierunku Drezna (z wagonami do Pragi) dwa wagony trzeciej klasy. Nie było trzeba się spieszyć z organizacją pociągów, bo tysiącletnia Rzesza trwać miała tyle właśnie przynajmniej, a wiadomo było, że Żydzi w Berlinie to dla nazistów problem istotny, ale nie było co niepokoić Niemców widokiem napierdalanych pejczami sąsiadów. Wiadomo, stolica, dęby na bulwarach wolą wodę zamiast krwi. 

Więc tych, co ich wcześniej nie zagazowano, powoli tramwajem (!), ciężarówką, albo autobusem, z zachowaniem sawuarwiwru odprowadzano w miarę grzecznie na Anhalter, z którego dziś została ściana frontowa. Nie tłoczyli się jadąc do Theresienstadt w dzisiejszych Czechach. Wagon trzeciej klasy nie był bydlęcy, a w dwóch wagonach pakowano maksymalnie po setkę ludzi. Więcej pasażerów jeździło w takich wagonach za bezwojnia i to poza godzinami szczytu. 

Bez rozgłosu niepotrzebnego społeczeństwu sterowanemu przez fanatycznego debila, nawet gdy na Berlin spadały bomby, do wagonów z siedzeniami z listewek i ze stolikami, a nawet z parowym ogrzewaniem, wprowadzano ludzi. Powoli odjeżdżali z opaskami z Gwiazdą Dawida. Do momentu, gdy Alianci w marcu 1945 roku zbombardowali Drezno tak bardzo, że na węźle kolejowym przed głównym dworcem miasta szyny od temperatury wytworzonej przez pożary posklejały się ze sobą. 

Z trzech berlińskich dworców, w tym z Anhalter Bahnhof, wywieziono w jedną stronę w latach 1941 – 1945 50 tysięcy Żydów, którzy jakimś cudem przetrwali w mieście prawie 10 poprzednich potwornych lat od początku panowania pana z wąsem. Jednak tylko na Anhalter, skąd pojechało prawie 10 tysięcy ludzi, używano do tego cywilnych składów. Tych, którzy jechali na urlop, do pracy, w sprawach służbowych, od tych, którzy jechali na śmierć, dzieliła odległość niewiele ponad jednego metra. Tyle ile wynosi przestrzeń pomiędzy ścianą jednego, a ścianą drugiego wagonu. Anhalter to dziś wyłącznie te ruiny i peron metra. Jak ktoś się znudzi w spa obok, może podumać nad złożonością ludzkich losów.


Michał

piątek, 14 września 2018

U senatora wielki bal

Na tą imprezę Krynica-Zdrój czeka rok. Raz w roku, na początku września, gdy słońce jeszcze ładnie potrafi wyostrzyć kontury okolicznych gór, zjeżdżają się państwo prezesi, nawiedzają Krynicę bogobojni ministrowie, biskupi z wypucowanymi butami zadają szyku w odgrodzonej od gawiedzi płotem przestrzeni. Otwiera się specjalna Biedronka, w amerykańskim pawilonie można za darmo (jeśli dostąpi się zaszczytu posiadania akredytacji lub zaproszenia) zjeść kruasanta i popić go kawą.

To druga twarz Krynicy, której dotąd nie znałem. 4 lata skutecznie unikałem wyjazdu na ten elitarny spęd, do którego, z racji wykonywanego zawodu, jestem odrobinę zobligowany. W końcu ciekawość dołożyła swoje do urlopu kolegi i władowałem się bez wazeliny w paszczę lwa. Torba na kółkach toczyła się „tuktuk” po krynickiej kostce Bauma, mając za konia mnie samego. Może liczyłem na to, że wygrodzę sobie trochę przestrzeni w górach, że nie będzie mnie obchodzić świat niskich manier i dużych pieniędzy.

poniedziałek, 3 września 2018

W krainie Świętej Paraskewy

Żar z nieba zaczął się już wylewać na nas już o dziewiątej rano, gdy czekaliśmy na peronie w Krakowie na opóźniony pociąg do Jarosławia. Mimo wszystko lekki wiatr dodawał otuchy. Chyba powiał dostatecznie dobrze dopiero wtedy, gdy podstawili Pendolino do Gdyni. Niemalże słyszalny był skrzekot mew. No, ale dobra nie będę narzekał, bo w końcu podjechał nasz IC ze sprawną klimatyzacją, więc było git.

Zapakowaliśmy się z rowerami i ruszyliśmy w nieznane. Trochę byłem jeszcze myślami na koncercie Iron Maiden, który widziałem poprzedniego wieczoru. Co ja bredzę, że trochę. Totalnie byłem tym pochłonięty. Porozmawiać się ze mną nie dało, bo w kółko walcowałem materiał, który nagrałem sobie na pamiątkę. Całe półtorej minuty szaleństwa. Warto było.

środa, 22 sierpnia 2018

W Sarajewie życie jest krótkie


O 10 rano, w święto Matki Boskiej Zielnej, w środku muzułmańskiego Sarajewa, było potwornie gorąco. Ciężkie powietrze lądowało w kotlinie, w której położone jest miasto, na szczytach gór gromadziły się ciężkie chmury.

Po trzydniowej podróży pociągami i autobusami z Warszawy nie dało się wstać wcześniej, choć bardzo chciałem. Nie dało się także dlatego, że w nocy, na ganku domku wynajętego od młodego Bośniaka, spotkałem dwójkę Niemców, którzy ochoczo częstowali winem. Do tego w samolocie udało im się przemycić... 5 gram trawy. Gdy okazało się, że dziewczyna (Alex) pracuje dla niemieckiego wydawnictwa publikującego książki Szczerka, a na dodatek wie czym jest balsam Vigor, rozmów i zabawy nie było końca. To znaczy koniec był, ale jakoś wcześnie rano. Gdy po pobudce skierowaliśmy swoje nogi po buły do sklepu okazało się, że najpopularniejszą wódką w Bośni... jest wóda Vigor. Wygląda na to, że na Bałkanach jadą na sławie ukraińskiego trunku.

piątek, 13 lipca 2018

Mundial Sądecczyzny


Autobus z Krakowa do Rytra jechał już trzecią godzinę i dojechać nie mógł. Choć powinien. Obok mnie siedział spocony góral z torbą twarogu, przede mną, trzymając się poręczy, chwiała się gibka studentka opowiadająca z przejęciem o swojej podróży po Rosji. Mieszała się przyjemnie lokalność z wielkim światem. 

Za oknem starego autobusu, którego nie chcieli już Francuzi, słońce czasami wychodziło zza chmur i odbijało się od dachów samochodów stojących przed nami w korku między Tęgoborzem a Kurowem. Było przyjemnie do momentu, kiedy organoleptycznie stwierdziłem, że pokładowa ubikacją to po prostu składowisko rupieci i rzeczy własnych kierowcy.

poniedziałek, 21 maja 2018

Rodzynki


Może lepiej byłoby zacząć zupełnie z innej strony i trochę pobiadolić o czymkolwiek. Tyle razy już dziś próbowałem coś napisać, że zgłupiałem do reszty. Za każdym razem wychodziło mi na początku, że pada deszcz, jest mrok i jest smutno. Od razu wiadomo, że wszystko zmierza do wypicia czegoś w bramie i łażenia po ciemnych ulicach. Bo gdy pada i zimno, i wieje, to zawsze trzeba coś wypić. Potem trzeba jeszcze wspomnieć o dawnej miłości, która przepadła jak stara baba w internecie i w kółko powtarzać, że teraz to już zawsze się będzie samemu i takie tam.