poniedziałek, 27 stycznia 2025

To się odmieni


Z Gdańska Głównego pociągiem na Orunię jedzie się 3, czasami 4 minuty. W perony podjeżdża nowiutka jednostka. Nie ma to tamto. Jest ciepło, jest ekranik, co to pokaże opóźnienie (zazwyczaj go nie ma), czyściutki kibelek większy niż ten, który mam w domu.

Smród grzejników, kibli, schody w których utkwić może obcas, potworny dźwięk sygnału przed zamknięciem drzwi, jak płukanie suchego gardła drażniącą szałwią? Nie ma i nie będzie. Można powiedzieć, że dogoniliśmy zachód, chociaż niektórzy twierdzą, że zachód przestał być zachodem i można nim straszyć. Inni zaś mówią, że zachodu wcale już nie ma.

 Chciałem zdać maturę, naprawić, jak to się mówi, błędy młodości. Zapisałem się na kurs maturalny, uczyłem się, później pojechałem zapisać się na egzamin. Spóźniłem się o 15 minut, źle sobie godzinę zapisałem. Nie wpuścili mnie. I takie to moje życie właśnie całe. Nietrafione, pechowe – mówił.

Był po 40-tce, postawny, silny. W ostatnim wagonie kolejki był jednym z nielicznych, który nie syczał puszką Hardego. Dość niezwykłe w godzinie powrotu z pracy.



– Głupio mi, te kilkanaście minut... Ale machnąłem ręką, chociaż wstyd się przed sobą było przyznać. Odpuściłem – mówił do brunetki trochę młodszej od siebie. Pomyślałem, że to taki miękki, kolejowy podryw. Musieli rozmawiać ze sobą już od jakiegoś czasu.

– Nic straconego, może pan wrócić, spróbować jeszcze raz? – mówiła pocieszając.

– Gdybym był obcokrajowcem, to na pewno by dopuścili do egzaminu. Teraz wystarczy się 7 dni wcześniej na egzamin umówić, żeby uprawnienia potwierdzić. Sam wiem, Ukraińcy potwierdzają tak zdają egzaminy. Ale Polak nie może, tylko dla Polaków nic nie ma – mówił podnosząc poprzeczkę odpowiedzialności. Bo winni są inni.

– Oczywiście. Ma pan rację. Sama wiem dobrze, Ale zobaczy pan, to się wszystko zmieni, jeszcze trochę, to SIĘ ODMIENI. To SIĘ ODMIENI – mówiła ona nie precyzując co zwiastuje zmianę i kiedy czekać ostatecznego triumfu Polaka nad polskim urzędem, egzaminem maturalnym i gradobiciami, których przecież nie wywołuje jakieś tam globalne ocieplenie.

A może powiedziane było, ale nie słyszałem wszystkiego? Albowiem kobieta siedząca tuż przede mną stanowiła akustyczną barierę na przeszkodzie do słuchania ciekawej dyskusji niedoszłego maturzysty i brunetki. Wrzeszczała do słuchawki komentując ceny proszku i rodzinne spotkanie. Wtem wrzasnęła na cały, pełen ludzi wagon.

 Ja przepraszam bardzo, ja słyszałam o czym pan tu i pani mówiła! – obwieściła w ten sposób, że rozmowa o proszku płynnie przechodziła w oświadczenie. Wszystko to prawda, Do lekarza się nie można dostać, a taki Ukrainiec od razu idzie. Ja tu czekam na rtg, Ukrainiec od ręki dostaje. A w pracy jak? Od razu pracę mają, a potem nic nie robią i „ja nie panimaju” – wrzeszczy. Bębenki mi rozrywa.

– Ja wiem o czym ja mówię, ja w fabryce opakowań robię! – wrzeszczy jeszcze głośniej. – Oni tu najlepiej mają, pracować nie chcą, zasiłki dostają! – wrzeszczy dalej. – I zasiłki!!! – podkreśliła co ważne. – I zasiłki dostają!!!

Brunetka, której z rąk przy kontroli biletów wypadła legitymacja zawodowego wojskowego, zdążyła jeszcze przestrzec, że koniec jest już bliski. Tylko nie wiadomo jaki. 

– SIĘ SKOŃCZY, SIĘ ODMIENI, SIĘ WYRÓWNA – powiedziała. 

Facet, od którego wszystko się zaczęło, przygasł trochę. Nie spodziewał się, jaką awanturę wywoła. Można ona nawet tych Ukraińców, niektórych przynajmniej, lubił. Może któryś czasami fajką poczęstował, albo fajnie zagadał.

– Jak widać temat jest gorący i wzbudza zainteresowanie – powiedział. Brzmiało jakby maturę miał w kieszeni, a może studia jakieś nawet. I nie odezwał się już słowem.

Zacząłem myśleć nad słowami kobiety. Ufałem armii i zawsze kręciły mnie czołgi i samoloty. Śledziłem doniesienie z frontu, widziałem przeciwlotnicze zestawy na Górze Zamkowej we Lwowie i poranione żelastwem pancerne samochody.  

– Nadchodzi więc zmiana i ona to wie – pomyślałem. Chociaż nie wiadomo jeszcze, z której strony zmiana idzie? Czy w końcu zbratamy się z Ruskimi i przepędzimy stąd 2 miliony Ukraińców? Trwa już uzgadnianie procesu wywózek i przywracania honoru Polaka? Akcja Wisła 2.0? Czy Żabka postanowiła, że za marne grosze franczyzobiorcą będzie od jutra tylko Polak, a moje biuro posprząta Słowianka, ale ta prawdziwa, mówiąca po polsku i w sukience w maki, z teledysku Cleo? I wszyscy powinni zagłosować na Brauna, tylko zabrakło odwagi, by powiedzieć to głośno?

A może się odmieni, bo ona już wie, że Ruscy ostrzą sobie zęby na Gdańsk? Wie, że z Bałtijska, leżącego nad tą samą Zatoką Gdańską, jest do naszego pociągu Polregio 86 kilometrów i, że rakietowa salwa może tu dotrzeć w minutę? Może wie to, ale nie może jeszcze powiedzieć całemu wagonowi, że oto podzielimy los Mariupola, i wielu innych miast i wsi, których już nie ma? Że oto „SIĘ WYRÓWNA” i zaczniemy mieć tak samo przejebane?

Może już wie, że nie zdążymy tu, w Gdańsku, zabezpieczyć workami, szmatami i tonami folii zabytków, które zostały nam po Niemcach. Rakieta zgruchocze pomnik Sobieskiego z Targu Drzewnego, lej po bombie obok Kościoła Świętej Brygidy będzie taki, że wszyscy zapomną, że stał tam kiedyś pomnik jakiegoś Jankowskiego. Nie będzie czasu na to, by jak we Lwowie, owijać polskie pomniki i kościoły w folię. W kilka chwil staniemy się frontowym miastem.

Czy ocalałych Polaków uciekających z niegdyś ich miasta przyjmą wtedy Niemcy? Jak się poczuje, gdy na festiwalu dokumentalnych filmów gdzie w Erfurcie albo Jenie obejrzę film z ojczyzny, o zbombardowanym szpitalu, wśród kilku wzruszonych 60-latków? I co zrobię, gdy zamiast pisać, z braku innej pracy zajmę się produkcją opakowań w celulozowym kombinacie? Gdy nauczę się niemieckiego na tyle, by w pociągu podmiejskim rozumieć co mówią i myślą o mnie ludzie, którzy mnie nie znają?

Może skulę się w sobie jak te dwie młode Ukrainki, które styrane wracały z pracy i bały się powiedzieć cokolwiek. Policzę, kogo z rodziny zabrała wojna, a kto jeszcze żyje?

czwartek, 22 grudnia 2022

Jedenastka

Nim na przystanek pod gminą podjechała czerwono-biała, czasem pomarańczowa lub oklejona reklamą śmierć marki Ikarus, trzeba było wywalczyć swoje miejsce na przystanku. Chętnych na podróż do powiatowego miasta Słupska porannym kursem parę minut po siódmej było wielu. Zazwyczaj wsiadałem na ostatnim przystanku we wsi i w autobusie nie było już gdzie szpilki wetknąć. Szczególnie zimą było źle, bo nie dość, że zimno na zewnątrz, upalnie w środku. Jechało się tak przyklejonym do ściany, drzwi, okna lub innego cierpiętnika przez około trzydzieści minut. Zdarzało się, że w Głobinie w ubite ubijali się kolejni pasażerowie. I później, jak sardynki w puszcze wypatrywaliśmy przystanku na ulicy Westerplatte w mieście biznesu i rekreacji.


Droga z Dębnicy Kaszubskiej do oddalonego o dwanaście kilometrów Słupska była dziurawa i wąska. A może to tylko złudzenie, bo na środku jezdni nie było wymalowanych przerywanych lub ciągłych podwójnych pasów. Było na niej dość pusto o każdej porze dnia i nocy. Na poboczach rosły drzewa, które czasem odsłaniały pola po horyzont, a tuż przed Głobinem można było zauważyć wojskową stację radarową, która od zawsze stanowiła problem dla okolicznych mieszkańców ze względu na wysokie promieniowanie elektromagnetyczne i brak zabezpieczeń w postaci siatki ochronnej.


Z czasem MZK postanowiło wymieniać przestarzały tabor i pierwsze niskopodłogowe przegubowe autobusy zaczęły jeździć po Słupsku. Prawdziwym wydarzeniem było, jednak gdy taki autobus wyruszył na trasę linii 11. Miałem wrażenie, że tak nowy pojazd nie jest w stanie wpisać się w krajobraz wsi. I, mimo że nie podobało mi się nowoczesne, to miło było jechać wieczornym kursem z miasta w cieple i ciszy w wygodnym fotelu.


We wrześniu przychodził czas grzybiarzy. Nie wiedzieć czemu popularnym kierunkiem wśród nich był las nieopodal ulicy Zajęczej. Pełni optymizmu, ale z pustymi wiadrami mieszkańcy Słupska przyjeżdżali zdezelowanym Ikarusem i rozchodzili się po lesie. Już na pętli autobusowej słychać było trzask otwieranej Tatry w puszcze lub chrząknięcie zakrętki od ćwiartki. To tak na dobry początek - zdawało się zobaczyć w ich oczach wytłumaczenie porannego pijaństwa. Rozumiałem to, bo we wrześniu chłodnawo bywa. Wracali wczesnym popołudniem z koszami wypełnionym owocami runa leśnego. Niektórzy przysypiali, niektórzy komentowali zebrane okazy, a jeszcze inni patrzyli pustym wzrokiem w okno. Śmierdziało mocno.


Przez bardzo długi czas 11-stki startowały z pętli przy ulicy Dmowskiego w Słupsku i będąc tam odpowiednio wcześnie, można było wybrać sobie miejsce siedzące. W 2003 roku otwarto pętlę dla autobusów podmiejskich przy Kauflandzie. Tym sposobem skończyła się szansa na miejsce siedzące w godzinach szczytu. Początkowy przystanek w centrum miasta sprawił, że kanaszki (tak potocznie była nazywana 11 przez mieszkańców DK) na starcie odjeżdżały wypchane po brzegi. Ogólnie rzecz biorąc jazda na pokładzie jedenastki kojarzy mi się z wieczną walką o miejsce.


Trochę pourywane te wątki, właściwie wycinki wspomnień od lat najmłodszych do mojego ćwierćwiecza. Pewnie za jakiś czas przypomni mi się coś jeszcze. Linii 11 już nie ma. Zastąpiła ją 211 i obsługiwana jest przez PKS, ale to już inna historia.


Autobus linii 211 na przystanku pod gminą w DK. Grudzień 2022.




wtorek, 26 października 2021

Norymberga. Sala numer 600

 

Uwielbiam monachijski dworzec, choć nie jest cudem architektury. To ciężki budynek, pozbawiony lekkości wielkiego, ale jednak finezyjnego Wrocławia Głównego, Hamburga HBF czy Drezna. Stoję w jego centralnym punkcie, przede mną otwiera się perspektywa kilkunastu peronów, za którymi, po lewej stronie, ukryło się ich jeszcze kilka.

W dziesiątkach dworcowych sklepików można kupić te ich charakterystyczne, przecięte wzdłuż ciemne precle, posypane solą z wkładem z szynki szwarcwaldzkiej, albo serem. 

Wiem, że jeśli pójdę w lewo, to trafię w serce tętniącej życiem turecko-arabskiej dzielnicy, gdzie za 7 euro napcham się falafelem tak, że wylezie mi uszami. Jeśli zaś pójdę w prawo, to będzie dostojnie i bardzo niemiecko. Mogę zjeść currywursta w bawarskim wydaniu, a za dwa euro dostanę kufel solidnego „helles”. Gdzieś pomiędzy dwoma światami jest największy sklep z modelami wagonów i lokomotyw, jaki w życiu widziałem. Taka kolejowa Biedronka, o której marzy każdy dzieciak. 

***

Nie idę na piwo, nie wciągam currywursta. Nie jem falafela. Będę wcinał i pił to co miał mi do zaoferowania dworcowy Lidl. Na górnym pokładzie piętrowego składu Regional Express rozłożyłem się z lustrzanką, wegańskimi żelkami i najtańszym radlerem. 

Przeglądam swoje karty i zdjęcia w portfelu. Swoją własną podobiznę wciskam do śmietniczki. Z kart bankomatowych robię stykające się chipami domino. 

Jadę do Norymbergi, tylko nie wiem jeszcze, że przez Landshut i Ratyzbonę, bo jakimś cudem pomyliłem pociągi. Chciałem jechać szybko, ale wyszło jak wyszło. Pomyłka okazała się bardzo pouczająca.

Wschodnia Bawaria. Przełomy rzek, nad którymi kolej rozłożyła swoje zachwycające mosty. Malownicze pagórki. Doliny i urocze miasteczka, w kontrze do obrazów znanych z Polski. Podczas II wojny światowej alianci skupiali się na bombardowaniu dużych miast, oszczędzając mniejsze miejscowości. 600-letnie kościoły stoją jak stały. Po wyludnionych ulicach spacerowali z hartami i pinczerami niemieccy emeryci. Nudno i czysto.

Ale tutaj także wojna powiedziała "dzień dobry". Dość niespodziewanie i bardziej na "do widzenia". Pod Landshut, z Amerykanami kończącymi festiwal III Rzeszy, walczyła ostatnia sformowana dywizja Waffen SS – Nibelungen. Chłopaki, przywdziane w maskujące mundury, co chcieli wyciągnąć na wierzch z bagna umierający nazistowski kraj, bo innego nie znali. Zrobieni w chuja przez zdychający reżim, podsycani do walki przez czarnoksiężników dogorywającego cesarza, iluśtamletniej Rzeszy. Truchło idei, truchło 18-letnich żołnierzyków malowanych, którzy przegrali zanim zdążyli pomyśleć o przegranej, albo wygranej.

***

Na ścianach budynków nie ma już dawna śladów kul. Wszystko przykrył nowy tynk. Gdy tylko Adolf postanowił uwolnić Niemców od swojego ciężaru, Nibelungowie poddali się Amerykanom. W maju 1945 roku w mgnieniu oka z większości z nich uleciał z fanatyzm, który jeszcze w marcu 45 roku tłoczono w ich żyły w nazistowskiej szkółce w nieodległym podalpejskim Bad Toelz. Za dużo trupów zdążyli obejrzeć.

***

Wszyscy polowali na Adolfa, ale ten rozpłynął się we mgle. Pozostało wyłapać jego kumpli. Długo szukano miejsca, gdzie można by ich osądzić. Norymberga, jedno z miast hołubionych przez nazistów, nadawała się do tego idealnie.

Był tylko jeden, za to zasadniczy problem – miasto po nalotach niemal nie istniało. Szczęśliwie ostał się Pałac Sprawiedliwości, nieco poza centrum. Dalszą część historii opisano już w podręcznikach, pokazano na filmach. Ale dla mnie wciąż za mało sugestywnie. Chciałem zobaczyć salę procesową na własne oczy. Poczuć atmosferę miejsca, w którym stłoczono bestie. Spróbować dotknąć istoty zła.

***

Z piętrowego pociągu wysiadam na stacji w Norymberdze. Wcześniej posiedziałem trochę w wagonie pierwszej klasy, bo zawsze lubiłem trochę oszukiwać.

Niemcy szybko robią zakupy, opróżniając Lidlowe zakamarki z najtańszych piw. Znikają nawet pogardzane Heinekeny, po podłodze walają się kartony po tanich chipsach. Za dwie godziny ma rozpocząć się mecz Niemcy – Portugalia, rozgrywany w Monachium, z którego właśnie uciekłem. Cichnie życie na ulicach, wiatraki mielą powietrze w przydworcowych knajpach, które przygotowują się do Euro, z nadzieją na pomeczową ekstazę.

***

Na stacji metra Bärenschanze, 300 metrów od Pałacu Sprawiedliwości, nie wysiada ze mną nikt. Człapię do budynku, próbując nie wyzionąć ducha przy 33 stopniach w cieniu. Budynek o ciężkich murach z zewnątrz przypomina jakiś duży, smutny szpital.

Kobieta w kasie prosi o 16 euro za obejrzenie ekspozycji i sali, po czym jednak kasuje 6 euro, zgodnie z cennikiem. Wyjaśnia jak działa pilot z tłumaczem i słuchawki, których i tak nie używam. Ekspozycja jest dla mnie materialnym potwierdzeniem przyczyn, dla których się tu znalazłem. Najciekawszy eksponat na niej - oryginalna ławka, na której siadały nazistowskie dupy, które, choć srały i ułatwiały siedzenie tak jak mnie i Tobie, to jednak należały do największych skurwysynów tamtych czasów. Na ławkach siedzieli sami mężczyźni, ani jednej kobiety.

***


Na ostatnim piętrze, w jednym z pomieszczeń, gdzie zorganizowano ekspozycję, jest małe okienko. Miejsce przypomina salę, gdzie zazwyczaj w kinach znajduje się kinowy projektor. Z okienka można spojrzeć w dół, na niewielką salę. Dopiero po chwili świta mi w głowie myśl, że oto patrzę na miejsce, dla którego tu przyjechałem. Sala nr 600.

Jest mała. Dużo mniejsza, niż się spodziewałem. Przyszło mi do głowy, że w miejscu gdzie byłem, na górnym piętrze, musiał w 1945 roku stać operator z kamerą. Człowiek, który tworzył kadry i raz na zawsze określił punkt widzenia na koniec nazistowskiej epoki.

Teraz ja, tak jak kamerzysta 76 lat temu, lustruję wnętrze pomieszczenia poniżej, próbując dookreślić przestrzeń i aktorów. O to nie było trudno. Orientację w rozmieszczeniu oskarżonych wyglądała tak: wyobrażałem sobie spasionego Goeringa, którego samoloty zrównały z ziemią Wieluń i setki innych miast, Doenitza ze szpakowatym noskiem, którego u-botty topiły konwoje (10 lat więzienia). pewnego siebie Hoessa (jego nie trzeba było szukać, ponieważ w 1941 roku zastępca Adolfa sam udał się na lotniczą wycieczkę do Anglii).

***

Sala 600 nie zawsze udostępniania jest do zwiedzania. Od czasu do czasu wciąż toczą się tu sprawy sądowe. Jest jednym z większych pomieszczeń w Pałacu Sprawiedliwości i praktyczne podejście każe Niemcom cały czas z niej korzystać.

Wcześniej, z góry, widziałem, że w procesowych ławach siedział facet w średnim wieku, który na laptopie szybko robił notatki. Schodzę na dół, ale już go nie ma. Na jednym z siedzeń leży natomiast pozostawiony laptop, z którego bez trudu odczytuję notatki. Mój skromny niemiecki starcza, by dość do wniosku, że dotyczą przygotowywanego aktu oskarżenia.

***

Są takie miejsca, o których uczą nas w szkołach, pokazują je w dokumentalnych filmach, które znaczą wiele, ale po przebywaniu w nich tracimy świadomość, gdzie jesteśmy. To nie należy do takich. Obrazy wtłoczone w głowę przez zdecydowany głos Bogusława Wołoszańskiego miały tu dla mnie swoje ujście. 

Powietrze jest ciężkie od emocji, drewno na ścianach też jest ciężkie, ciężki jest wielki krzyż pod sufitem i nie ma na nim napisu "Inri". To chyba o takich miejscach mówi się, że siekierę można w powietrzu zawiesić. Do tego cholerny upał i maseczki, które trzeba nosić w pomieszczeniach, w których klimatyzator ledwie daje sobie radę. Dość łatwo i chętnie stąd wychodzę, choć gorąc taki, że nawet muchy przestają latać.




***

Przecznicę dalej, na rogu ulicy, kupuję przepysznego falafela. Pijane Niemki po 60-tce kokietują uśmiechniętego Turka z wąsem, żartując sobie z nim pod oknem gdzie wydawał kebaba za 4,50 i piwo za 2 euro. Norymberga roi się od bliskowschodnich nacji. Przez miasto wiał wiatr historii, ale w inną stronę niż to zaplanowano w latach 30. Bo wiatr wieje ciągle tam gdzie chce. Metrem, w którym poza mną niemal nie było pasażerów, jadę do centrum.



Obok zbudowanego z czego się dało Miasteczka dla Klimatu rozłożyli się przed klatkami schodowymi Niemcy i z zajumanych z knajp parasoli zrobili sobie własne ogródki. Piwo leje się strumieniami prawie jak na Oktober Feście. Ale jest lato i powietrze stoi w miejscu. 19 czerwca 2021 roku. Niemcy wygrywają z Portugalią na stadionie w Monachium 4:2. 

Dowiaduję się o tym, gdy jestem na pokładzie powrotnego pociągu. Za chwilę rozpocznie się mecz Polska - Hiszpania. Zremisujemy go z wynikiem 1:1. Ale nie wyjdziemy z grupy. Niemcy wyszli.





Wszystkie nerwowe wspomnienia

Nasza trzecia podróż zaczęła się w nocnym pociągu z Warszawy do Świnoujścia. Wsiadłem w Poznaniu i szybko przeszliśmy z M. do metafizyki, która około 4 nad ranem ukołysała nas do snu. Zasnęliśmy tuż po interwencji policji w naszym wagonie na stacji w Rzepinie. Okazało się, że dwa przedziały dalej okradziono typa z gotówki. Wiózł ze sobą dorobek wakacyjnej pracy. Było mi go trochę żal. Rano siedział na schodkach promu i w jednej dłoni tonęła jego twarz, a w drugiej trzymał storczyka.



Gdy dotarliśmy do ostatniej stacji, szumiało nam w głowach mocno, jeszcze noc nie wypuściła nas ze swoich szponów. Z pociągu na prom poszliśmy za tłumem. Trudno zresztą byłoby pójść gdzie indziej. Wieczny remont terenów przydworcowych ograniczał skutecznie przestrzeń. Chwilę później płynęliśmy do miasta, na którego oblicze patrzyliśmy po raz pierwszy.



Szliśmy jakby przez wieczność po chodniku, który pamiętał poprzedni ustrój. Dookoła bloki i imprezowe niedobitki. Mewy skrzeczały przeraźliwie, ale nie to było wkurzające. Najbardziej doskwierał ból głowy, który paraliżował mnie przy każdym gwałtownym ruchu. Jakby ciśnienie chciało rozerwać czaszkę od środka. Zmierzaliśmy na pociąg, który zabierze nas z Polski. Bardzo nie chcieliśmy już w niej być, a zwłaszcza ja, bo był to dla mnie pierwszy zagraniczny wyjazd od początku pandemii i ogromnie mi tego brakowało.

Przez dwadzieścia cztery lata żyłem w odległości około trzydziestu kilometrów od morza i niechętnie tam zaglądałem. Jeśli już, to zawsze późną jesienią lub zimą, gdy nie było ludzi, a wiatr smagał po twarzy swoim srogim obliczem. Dopiero w Zinnowitz uświadomiłem sobie, jak bardzo lubię tę bezkresną morską pustkę. Szumiało, ból głowy łagodniał i było umiarkowanie ciepło. Plażowiczów jak na lekarstwo i nikt nie mówił po polsku oprócz nas. Siedzieliśmy ze stopami zakopanymi w piasku i gapiliśmy się na kapsułę umieszczoną na końcu molo, która co chwilę się zanurzała w wodzie. W tamtym momencie nic więcej nie potrzebowaliśmy. No może odrobiny procentów.



Następną atrakcją miało być Pennemunde, ale Uznamska Kolej Nadmorska postanowiła nie uruchomić pociągu, który miał nas tam zawieźć. Ruszyliśmy więc do miejsca docelowego, czyli Wolgast. Tylko chwilę zajęło nam zalogowanie się w hostelu, by jak najszybciej odespać trochę nocnych wrażeń, bo nowe miały za chwilę się zacząć.

Wieczorem miasto było zupełnie puste. Gwarna kawiarnia sprzed kilku godzin zupełnie opustoszała, a zamiast tego w każdym kącie rynku słychać było szum niewielkiej fontanny. Cisza go potęgowała. Byliśmy tam zupełnie sami. My i wiatr, który rozpędzał się przy zatoce i rozbijał o zabytkowe domostwa. Dość szybko zrobiło się ciemno, a widmowe oblicze dawnej Wołogoszczy próbowało nami zawładnąć. Włóczyliśmy się po tych samych uliczkach kilkukrotnie, wypiliśmy, to mieliśmy do wypicia i poszliśmy spać, bo kolejnego dnia pojechaliśmy na Rugię oglądać dawny hitlerowski ośrodek wypoczynkowy w Prorze i białe klify w Sassnitz.


wtorek, 16 marca 2021

Piosenka o smutnym Rumunie

Nie pamiętam co o Bolodze pisał przewodnik, bo dawno go zgubiłem. Ale wtedy na pewno go jeszcze miałem. Kilogramowe tomiszcze z „Bezdroży”, niby podręczne, musiało dać jakąś wskazówkę, że warto tam pojechać. Ale istnieje też taka możliwość, że ze zmęczenia pomyliliśmy stacje.


wtorek, 2 lutego 2021

Jezdnia ucieka przez dziurę w podłodze. Z przemytnikami do Rumunii


 

Trzy wagony spokojnie pamiętające czasy Chruszczowa i olbrzymia, dieslowska lokomotywa. Tak wyglądał pociąg, którym mieliśmy dotrzeć z Czerniowców w pobliże ukraińsko-rumuńskiego przejścia granicznego Siret-Badul. W osobówce panował swojski syf, jechaliśmy może 30 kilometrów na godzinę, drewniane ławki odkształcały nasze kręgosłupy trzeszcząc niemiłosiernie. 

Okna otworzyć nie sposób, pot lal się strumieniami z pasażerów obserwujących rozpad niegdyś zadbanych bukowińskich wsi. Było ich niewielu, więc konduktor nie miał wiele pracy, nie zarobił też na łapówkach, które przyjmował nie wydając w zamian biletów. Stare kobiety wiozły na rynek kury, jajka, trochę warzyw i młode świnie poupychane w jutowych workach. Bilet kosztował równowartość dwóch piw.

Przed końcową stacją żołądek wypchany po brzegi słonym, białym serem i moskiewską kiełbasą zaczął dopominać się o swoje. Ścigając się z czasem, mocno zatrzasnąłem za sobą drzwi wagonowej toalety. Przestałem zmagać się z naturą dokładnie w momencie, kiedy gwałtowne szarpnięcie i pisk hamulców uświadomił mi, że dotarliśmy do celu. 

Zacząłem walkę z drzwiami, które mimo wielokrotnych szarpnięć, nie chciały się otworzyć. Wiedziałem, że jeszcze chwila niezdecydowania, a pociąg pojedzie dalej, ze mną w kiblu. Oddalając się znacznie od granicy. Zaparłem się o pobielone białą farbą okno i z całej siły kopnąłem w oporną materię. Wióry się posypały, drzwi drgnęły. Rozstąpiły się wrota sracza, jak Morze Czerwone, choć bliżej nam było do Czarnego.

Wzrok konduktora, który, jak się okazało, obserwował z zewnątrz obojętnie jak sobie poradzę, nie wyrażał niczego. Moje tłumaczenia, ze wcale nie chciałem, ze zwyczajnie się zacięły, nie były potrzebne. Facet ze zrozumieniem pokiwał głową i wskazując na powyginana w kilku miejscach framugę. Wyjaśnił, że nie ja pierwszy podjąłem walkę i pewnie nie ja ostatni.

***

Pogranicznicy na stacji zbijali bąki na taboretach. Nie mogli zrozumieć co robimy w tym miejscu. Spodziewałem się, że tekst “Kocham Ukrainę” może być kluczem do uproszczenia procedury, ale stało się inaczej. Po 10 minutach kontemplacji polskich paszportów i sprawdzeniu plecaków na okoliczność posiadania materiałów wybuchowych bądź skóry z węża, w końcu odzyskałem i odpowiedz na pytanie, w którą stronę iść w kierunku samochodowego przejścia granicznego. Zanim jeszcze zbliżyliśmy się do niego, nasze ścieżki przeciął Stiopa. Kowal, lat 55.

Stiopa zarabiał tyle, ze z trudem wiązał koniec z końcem. Miał taki babciny wyraz twarzy – uosobienie dobroci i alkoholowego zatracenia, był przeraźliwie chudy. Napiłem się z nim samogonu, który przyniósł ze swojej altanki, a potem postawiłem piwo, słuchając historii o tym, kto ile ukradł i kto kogo podpalił. Ani się obejrzałem, a ze Stiopą upłynęły dwie godziny. 

Bardzo go kochałem. Po tym bimbrze kochałem wszystkich. Z szacunkiem podchodziłem do pograniczników, którzy jeszcze niedawno dla zabawy nas nękali, a spękany od słońca i przeciążonych ciężarówek asfalt był od zawsze swój.

***

Na stopa złapaliśmy zaporożca i szybko dojechaliśmy do przejścia granicznego. Udręczony upałem patrzyłem z nadzieja na rumuńska stronę, chociaż wszystko, poza literami alfabetu, było tam podobne. Ale granicy przekroczyć się nie dało.

– To przejście dla samochodów, nie dla pieszych – burknął ukraiński pogranicznik z czapką typu lotniskowiec, a ja wiedziałem już, ze nie chodzi o to, ze moje płuca to nie silnik benzynowy, a nogi to nie koła. Chodziło o łapówkę.

– Nie dostaniesz – burknąłem do siebie. Nie wiem czy to słyszał, bo zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, poszedł na swoje stanowisko przy szlabanie. Nie miałem ochoty na wywalanie połowy zawartości lichego portfela na łapówki. To były czasy gdy 500 złotych miało starczyć na dwutygodniowe wakacje w Rumunii. 

Miałem dość dawania w łapę, tym bardziej, ze kilka dni wcześniej postawiony pod ścianą w bramie lwowskiej kamienicy musiałem dorzucić się do fajek dwóm ukraińskim policjantom, tracąc w sumie 20 euro. Grozili, że mandat za jakieś błahe, wydumane przewinienie, będzie wielokrotnie wyższy. 

Szukałem kogoś, kto zechce podrzucić mnie 500 metrów dalej, do rumuńskiego raju, gdzie czekały już dumnie zawieszone na szpicach flagi bratniego eurosojuzu. Jeden z kierowców chciał za podwózkę 50 dolarów. Na taką propozycje, znając zasobność swojego portfela,  pozostało mi wybuchnąć śmiechem.

Ruch był tu naprawdę niewielki. Jeszcze kilka lat wcześniej przemyt kwitł i pewnie dawno był bym po drugiej stronie. Od czasu, kiedy Rumunia weszła do Unii bardzo uszczelniono granice a kary finansowe za przerzut towarów znacznie wzrosły. Mimo tego nie traciłem nadziei, choć samochodów było jak na lekarstwo a w dodatku skończyła się nam woda. Pagórkowata Bukowina była wysuszona na wiór i nie wiem jakim cudem mundurowi wytrzymywali w skrojonych na radziecka modle mundurach.

– Ej, turysta, gdzie chcesz jechać? – zapytał facet z białej Łady, o której myślałem, ze została zepchnięta na pobocze i nigdy już nigdzie nie pojedzie.

– Za ile weźmiecie nas do Rumunii? – zapytałem, nie marząc nawet o tym, że na tym check-poincie można coś załatwić za piękny uśmiech.

– Nie chce pieniędzy, tylko powiedz mi co przemycacie. 

– Nic, nawet papierosów nie mam, bo nie palę – odpowiedziałem. Spojrzał z początku z niedowierzaniem, ale po chwili dotarło do niego, że na serio jesteśmy turystami.

– No dobra, do maszyny.  Weźmiecie trochę petów i najwyżej będziecie świecić oczami, że nie wiecie o co chodzi. Igor jestem. Tylko poczekajcie, bo żona musi się zapakować.

Zapakować? Nie, nie pomyliłem się. Żona Igora, ponaglana przez niego w niewybrednych słowach, właśnie była w trakcie wkładania pod spódnicę 6 albo 7 sztang Pryłuków – tanich ukraińskich petów. W tym czasie jego ręce, jak dłonie sprawnego modelarza, wykręciły tablice z prędkościomierzem. Władował tam kolejnych kilka sztang papierosów. Nam jednak nie dał żadnych (albo dobrze nie pamiętam).

Kiedy usiadłem z przodu, podłoga w Ładzie delikatnie się ugięła. Przez kilka dziur w skorodowanej blasze widziałem jezdnie. Ruszyliśmy. Miałem dość skwaru i cieszył mnie każdy ruch. Na wszelki wypadek do swojego paszportu Igor włożył 20 dolarów. Tak jak się spodziewał, jego dokument wrócił już bez wartościowego papierka. Zniknął gdzieś w przepastnej kieszeni rumuńskiego pogranicznika.

Leciwa Łada i jej czwórka pasażerów, czyli my, rozpędzała się na równej, świeżo wyremontowanej za unijna kasę rumuńskiej drodze. Samochód, z każdym zakrętem, wpadał w przedśmiertne drgawki. To jednak nie skłaniało Igora do ograniczenia prędkości. Nawet w wioskach, gdzie romskie dzieci grały na ulicach w piłkę, siła radzieckiej motoryzacji musiała być siłą radzieckiej motoryzacji.

Gdy wjechaliśmy na kilkanaście kilometrów w głąb rumuńskiego interioru pomiędzy parą przemytników, rozpętała się kłótnia, która po chwili ucichła tak szybko, jak się zaczęła. Kiedy wskazówka prędkościomierza dobiła do setki przypomniałem sobie, ze nasze plecaki leża na drucianej konstrukcji na dachu przywiązane sznurkami. Podzieliłem się obawa o stan bagażu z Igorem, który gwałtownie wcisnął pedał hamulca.

Wywołało to odwrotnie proporcjonalne do skali gwałtowności ruchu nogi spowolnienie auta. Łada rozpędzała się bowiem do setki chyba w 2 minuty, ale z setki do zera w dół nie było wiele szybciej. Zatrzymaliśmy się chyba po 200 metrach, aby stwierdzić, że z plecakami wszystko okej. A skoro tak, nie ma sensu wrzucać ich do auta. I nie ma sensu jechać wolniej.

Kilka kilometrów dalej, ta sama operacja hamowania od 100 do zera powtórzyła się,  tym razem z inicjatywy Igora. Zaciekawiony spojrzałem na żonę Igora, wyczekując odpowiedzi, dlaczego stanęliśmy pośrodku pola. Czyżby po to, by obejrzeć zachód słońca? Kobieta uśmiechnęła się do mnie i błyskawicznie zaczęła dziurawić rajstopy, wyciągając spod spódnicy setki paczek Pryłuków.

– Szybciej, job twoju mat'– warknął Igor do swojej przemytniczej wybranki. Jednocześnie wyciągał zza kierownicy pozostałe pety. Po chwili wszystkie papierosy znalazły się w czarnym worku. Podobnym do tych, w którym wynosimy na śmieci, albo wkładamy do nich topielców. W mgnieniu oka cały worek znalazł się w kępie traw, a my, jak gdyby nigdy nic, pojechaliśmy dalej w stronę Suczawy. 

Na kilka kilometrów przed miastem rozstaliśmy się, żegnani serdecznie, obserwując jak ugięta na prawą stronę Łada znika wśród pagórków, szorując podwoziem o unijny asfalt.

***

Kilka dni później wlepiałem swoje zmęczone oczy w tablice dziękczynną poświęcona prymasowi Glempowi. Taka była umieszczona na pierwszym piętrze Domu Polskiego w wiosce Paltinoasa, w której za asfaltową ulicę zapłacił Aleksander Kwaśniewski i z tego powodu wszyscy tu kochali Polaków, nie tylko Ci, którzy byli potomkami XIX wiecznych górników, których zwabił tu zarobek.

Piliśmy wódkę Stalinskaya z przemiłymi potomkami XIX-wiecznych polskich migrantów ze Spiszu, których przygnała na Bukowinę obietnica dobrze płatnej pracy w kopalni. Mieszaliśmy rumuński i polski, ukraiński i rosyjski. 

Była tam też para Polaków, którzy zbłądzili tu tak jak my. Udało im się dotrzeć do Suczawy jedynym rejsowym autobusem z Czerniowców. Opowiadali historię swojej podróży. Jeden jej element wydał nam się szczególnie ciekawy.

– W środku pola kierowca autobus zatrzymuje się. Prehistoryczny Ikarus staje pośrodku pola. Kierowca wpada w krzaki, wyciąga z niego plastikowe czarne worki i ładuje je do środka... – opowiadał rodak. 

Poznałem więc przyczynę, dla której worki ze szlugami lądowały w polu. Zrobiło się melancholijnie. Za oknem przejeżdżał właśnie pociąg ze stacji Gura Humorului do Suczawy. Kilka tygodni później z linii kolejowej nie było co zbierać, bo zmyła ją powódź. Potomkowie polskich górników byli skazani na łapanie stopa na drodze zbudowanej z inicjatywy Kwaśniewskiego.





poniedziałek, 7 grudnia 2020

Kościół, w którym potrafię się modlić

Był początek września. Po nocy przespanej na niemiecko-duńskiej granicy w drewnianym schronie, wsiadłem na rower i ruszyłem dalej w kierunku Kopenhagi. Przede mną było 350 kilometrów. To był drugi dzień walki z wiatrem. Setny kilometr.

***

Prognozy mówiły inaczej. Wiatru nie miałem dostawać w pysk, słońce miało świecić raczej umiarkowanie. Tym razem w Danii wiało jednak od wschodu na zachód. A ja jechałem z zachodu na wschód.

Ja i rower. Obciążony ważącymi 25 kilogramów sakwami, poruszaliśmy się do przodu tylko wtedy, kiedy mózg znajdował tyle motywacji, by kolekcjonować kolejne kilometry. Przez XVI wieczne duńskie miasteczka, przez pole bitwy pod Dybol, gdzie Duńczycy w 1864 roku zebrali ostry wpierdol po raz ostatni w swojej historii. Przez wyspę Ærø, z której wyjechali ostatni duńscy turyści, ale przez pomyłkę wbiły tam dostawczakiem naćpane polskie dresy. 

Załoga ultranowoczesnej jednostki pokpiła sprawdzenie tego dokąd jedzie. Bo przecież jest napisane, bo każdy umie czytać, bo Duńczycy po wioskach sprzedają płody swoich pól w maleńkich wiatach i wystawiają puszkę, której nikt nie pilnuje i nikt tej kasy nie kradnie. Zaufanie.

Po dopłynięciu na Ærø Husarzom jakby pióra od stelaża odcięło. Normalnie mogliby zareagować agresją, ale ta ni chuja by tu nie pomogła. Byli w końcu na wyspie. Jak Robinson. Dlatego zalegli w piątkę obok transita, czy co to tam było i naradzali się. Dość szybko skierowali swe nogi z powrotem na prom, by tym razem żebrać o pomoc.

- Łer

- Is Plejs

- Łi Łont 

- Not hir.

- Hau go (I tu mapa google na smartfonie).

Po chwili osłupienie i cisza stadna, bo to ostatni prom na Ærø. Powrotnego brak. Odpowiedzi załogi promu mogę się domyślać, ale pewnie brzmiała mniej więcej tak: „no chłopaki, dzisiaj nic tu nie ogarniecie, radzę się rozejrzeć za noclegiem”. I, że „prom z powrotem to będzie rano”. 

Widziałem te nerwowe ruchy Polaków, wykonywane jak zwykle wtedy, gdy tężyzna fizyczna w niczym nie pomaga, a mózg okazuje się zbyt marnym sprzymierzeńcem. A dalej to już nie wiem co było, bo nie chadzam do ZOO, zwłaszcza za granicą. Skąd się wzięli w bluzach z wyklętymi? Jak trafili z husarią na t-shirtach? Co zrobili później? Ich Bóg jeden raczy wiedzieć.


***

Czwarty dzień wiatru w mordę to byłaby już jednak przesada – pomyślałem sobie i zanotowałem tę myśl, tak jak teraz notuję ją dla Was. 

Obudziłem się o poranku pod odwróconą do góry nogami łodzią rybacką i chciałem, żeby było łatwiej. W nocy nie dawały mi spać mewy, które raz po raz ciężko stąpały po łodzi. Bałtyk był zaledwie 10 metrów ode mnie, wiatr muskał trzciny, które cicho syczały. Zebrałem wysuszone szmaty i ruszyłem do Faxe, znanego z tego, że sprzedało recepturę na dobre piwo słupskiemu i koszalińskiemu browarowi, ale i tak gówno z tego wyszło i możemy podziwiać dziś ruiny. Nie duńskiego browaru oczywiście.



Wiatr wiał tym razem w plecy, dając odpocząć zmęczonemu pokonywaniem kolejnych kilometrów mózgowi. Sześćdziesiąty kilometr tego dnia znaczyła miejscowość Rødvig. Wjechałem tu przypadkiem i zobaczyłem jedną z piękniejszych czynnych stacji kolejowych na kontynencie. Do sennej miejscowości, co pół godziny dojeżdżały pociągi. Stawały 50 metrów od brzegu Bałtyku. 

Gdybym mieszkał w pobliżu, przyjeżdżałbym codziennie na ławkę tuż przy samej stacji z widokiem na morze. Gapiłbym się na przeważnie spokojną w tym miejscu taflę wody, patrzył jak dzieciaki spychają się z pomostu, w ramach zajęć z zimnego chowu na wufie. Czasami dałbym się osrać mewie czy rybitwie, poddając się naturze. Zostawiałbym rower i nie zapinał go wcale, tak jak robią miejscowi. Od czasu do czasu na skoszonej trawie czytałbym książkę, albo pił piwo. Zapaliłbym jointa.

***

Zaledwie kilka kilometrów dalej była miejscowość Højerup. Był czwartek i popołudniu i niemal nikogo wokół choć są tu jedne z najpiękniejszych klifów w Danii. Para Niemców kręciła się po ścieżkach, gdzieś tam przez chwilę, niepewnym krokiem spacerowała po okolicy sześcioosobowa arabska rodzina. Klify robiły duże wrażenie i pewnie z tego tytułu zostały wpisane na listę Unesco.

Mniej więcej w połowie długości nadmorskiego pasa urwanej ziemi stał kościół. 16 marca 1928 roku morze zbliżyło się niebezpiecznie blisko świątyni, która w ciągu ostatnich lat traciła całkowicie dystans do morza i kpiła z niego zbyt głośno. Trzech rybaków zobaczyło, jak do wody wpada najpierw najbardziej wysunięty fragment klifu, później drzewa, a później z hukiem 40 metrów niżej ląduje fragment kościoła. Nie brakowało opinii, że to kara boska. Co rozsądniejsi wiedzieli, że to morze chce zabrać co jego. I jedni i drudzy chcieli zobaczyć przełamany w pół kościół na własne oczy. W pierwszą niedziele po katastrofie Højerup odwiedziło około 20 tysięcy osób. Nikt nie zginął, bo kościół już od 1910 roku, w obawie przed katastrofą, został zamknięty.

Wewnątrz kościoła czas urwał się dosłownie. Wymalowane kredą na tablicach cytaty z Pisma, posadzka uginająca się pod ciężarem tysięcy butów, które ją deptały przez 400 lat.Nie było ołtarza, bo ten zwalił się do Bałtyku. 

Wyglądało to tak, jakby bezimienny stwórca postanowił zabrać ludziom wszelką nadzieję, skazując ich na widok morza. Zamiast ołtarza pełnego świecidełek, krucyfiksu, zamiast długiego stołu i księdza, zamiast tego wszystkiego w co chcielibyśmy wierzyć, ale sami podejrzewamy siebie o przesadę, lub wręcz oszustwo, był bezkres morza. „Fizyczny obraz czasu, który nigdzie się nie zaczyna i nie kończy”.

Kościół został zabezpieczony. Można usiąść w ławkach i modlić się do przestrzeni, albo czytać znaki ze zmieniającej się pogody, z fal albo z jaskółek, przecinających jak pociski niewielką przestrzeń do obserwacji na zewnątrz. Pusta ambona z której nikt nie przemawia. Kilka napisów po duńsku wzywających do ufności w Panu, który raz na zawsze opuścił to miejsce. A może nigdy go tu nie było.

Przywarłem do jednej z ławek. W kościele nie było nikogo, choć bardzo chciałem wierzyć, że gdzieś tam, w tym morzu, które łączy się z niebem, jest jakiś absolut. Tak byłoby najłatwiej. Nie było.



Chciałem wiedzieć, nie wierzyć, że kiedy sam wysłałem Cię do szpitala karetką pogotowia, to wcale nie staliśmy się wszyscy przegrani. Potrzebowałem pewności, że gdzieś jesteś, pomimo tego, że napis „tata” w telefonie to już tylko cztery litery niewypełnione sygnałem.

- A teraz zostaliście sami. Zostało Wam gapienie się na to co pewne. I co przetrwa was i wasze dzieci – krzyczał kościół w Højerup ustami dowolnego boga.

Patrzyłem na cienki pasek znaczący spotkanie morza z niebem Højerup, mogłem do woli modlić się do wszystkich wymyślonych przez ludzi bogów, od Chrystusa, do Allaha, do kogo tam jeszcze. Tak. Mówiłeś przecież, że to wszystko wymysł ludzi.

Przynajmniej mam pewność, że byłeś.

Tato.




To się odmieni

Z Gdańska Głównego pociągiem na Orunię jedzie się 3, czasami 4 minuty. W perony podjeżdża nowiutka jednostka. Nie ma to tamto. Jest ciepło, ...