Jesienią, chwilę przed listopadową nędzą i rozkładem wszystkiego
dookoła, przesiadywaliśmy zwykle z kolegami na dachu kotłowni, która
była niską przybudówką przy bloku. Tam działo się najwięcej na osiedlu,
zwłaszcza w czasie dyktatury żółtych liści. Na placu przed kotłownią był
ogromny skald drewna i węgla, dla nas jedenasto i dwunastolatków -
ogromna przestrzeń do zabawy. Trochę dziwna była to zabawa, bo
najbardziej upodobaliśmy sobie wrzucanie węgla przez zsyp do hali
kotłowni. Kamienie toczyły się po stromych ścianach zsypu i z głuchym
hukiem kończyły pod obskurną ścianą. Ale nie to było największą frajdą.
Najbardziej podobało nam się, gdy odpowiednio się tym zajęciem
pobrudziliśmy.