piątek, 26 października 2018

Niedopałki

Jesienią, chwilę przed listopadową nędzą i rozkładem wszystkiego dookoła, przesiadywaliśmy zwykle z kolegami na dachu kotłowni, która była niską przybudówką przy bloku. Tam działo się najwięcej na osiedlu, zwłaszcza w czasie dyktatury żółtych liści. Na placu przed kotłownią był ogromny skald drewna i węgla, dla nas jedenasto i dwunastolatków - ogromna przestrzeń do zabawy. Trochę dziwna była to zabawa, bo najbardziej upodobaliśmy sobie wrzucanie węgla przez zsyp do hali kotłowni. Kamienie toczyły się po stromych ścianach zsypu i z głuchym hukiem kończyły pod obskurną ścianą. Ale nie to było największą frajdą. Najbardziej podobało nam się, gdy odpowiednio się tym zajęciem pobrudziliśmy.