poniedziałek, 9 grudnia 2019
piątek, 1 listopada 2019
Opowieść z planety prowincja
Już dawno zamknęli ostatni monopolowy na osiedlu, dlatego z ławeczki przenieśli się do podziemia. Giną, spijając ostatnie łyki wódki w otchłani piwnicznych zakamarków. Dla pragnienia nie ma taryfy ulgowej. Trzeba robić zapasy, których nigdy nie wystarcza nawet na jedno niedzielne popołudnie. Przygarbieni ukrywają się za winklem codzienności. Szepczą sobie nawzajem czułości o nadchodzącym kacu wiedząc, że litości nie będzie. Jak co wieczór świat zawiruje na smutno, a gwiazdy znikną za chmurami. Już niebawem ukołysze ich noc i poprowadzi wprost w pijane objęcia Morfeusza. Dawno wydeptane ścieżki znają nawyki swoich twórców. Niejeden upadek człowieka chowają okoliczne krzaki. Czuć jeszcze w powietrzu ostatnie podrygi młodości. Jakby to było wczoraj.
wtorek, 29 października 2019
I hate Brno
Pierwszy raz do Czech udaliśmy się z A. we wrześniu 2012 roku. Celowaliśmy wówczas w Pragę, ale środki finansowe dały nam do zrozumienia, że jeszcze nie czas na europejską elitę miast. Naszą destynacją stało się więc Brno, stolica Moraw.
piątek, 25 października 2019
W poszukiwaniu niestłuczonej szyby. Podróż pociągiem przez Albanię
Po
pierwszej godzinie byłem zafascynowany podróżą. Jak 3-latek,
który pierwszy raz widzi pociąg. Druga godzina ciągle jeszcze nie
była zła, w końcu realizowałem swoje marzenie. Trzecia godzina w
zdemolowanym wagonie, to już było trochę za dużo, zwłaszcza, że
z krajobrazu zniknęły góry, a zamiast nich pojawiły się góry
śmieci i resztki fabryk, okradzionych ze wszystkiego, co zawierało
metal. Gdy mijała czwarta skończyła się nam zabrana na
okoliczność podróży butelka białego wina i zjedliśmy już
wszystkie serbskie paluszki Kiri Kiri, radość zmieniła się we
frustrację i smutną refleksję nad syfem, który nas otaczał. W
gratisie dostaliśmy jeszcze kwadrans, bo pociąg się, a jakże,
spóźnił.
wtorek, 22 października 2019
Something like Barcelona
Należy zacząć od tego, że stadion już nie poraża swoją wielkością i dostojnością, jak w dzieciństwie. Był areną zmagań lokalnej drużyny piłkarskiej i uczestników festynów gminnych, ale my łaziliśmy tam wbrew woli rodziców tylko, gdy przestrzeń świeciła pustką. Najpierw przeciskaliśmy się przez wykop pod ogrodzeniem i za każdym razem któryś z nas musiał tam utknąć. Zawsze kończyło się to rozdartą koszulką. Obowiązkowym punktem każdej wyprawy było skakanie po blaszanym dachu wiaty. Gdy znudziliśmy się robieniem hałasu, próbowaliśmy przeciągnąć wał do wyrównywania boiska. Na końcu zmagań usiłowaliśmy wspiąć się na maszt. To ostatnie udało się wiele razy naszemu koledze S. – zgodnie twierdziliśmy, że to człowiek-małpa, bo wspinaczka po drzewach szła mu równie dobrze. W ogóle nie interesowały nas wtedy sportowe emocje. Najbardziej ekscytującym elementem była drewniana buda pełniąca rolę szatni. Na jej dach nikomu nie udało się wejść. S. był najbliżej z nas. Podczas próby przedostania się z drzewa na budynek, niespodziewanie ugięła się gałąź i życie S. stało się na jakiś czas mniej szalone, bo skończył z ręką w gipsie.
piątek, 27 września 2019
Hoek Van Holland, albo jak (nie) kupiłem Renault Twingo
Jest zimowy poranek, siedzę skulony w Mazdzie 323 pożyczonej od kumpla. Na zewnątrz wieje jak jasna cholera. Na szczęście szyby są szczelne, ale paliwa jest tak mało, że na wszelki wypadek nie marnuję go na ogrzewanie.
Mazda nie jest moja. Pożyczyłem ją na kilka godzin od kumpla, który zostawił ją w Holandii, bo musiał pojechać na pogrzeb ojca. Nie chciałem nią jeździć nigdzie daleko, nie tylko dlatego, że nie stać mnie było na paliwo, ale także dlatego, że nie miała hamulców.
Mazda nie jest moja. Pożyczyłem ją na kilka godzin od kumpla, który zostawił ją w Holandii, bo musiał pojechać na pogrzeb ojca. Nie chciałem nią jeździć nigdzie daleko, nie tylko dlatego, że nie stać mnie było na paliwo, ale także dlatego, że nie miała hamulców.
wtorek, 17 września 2019
Drezno - pamięć przeszłości
Całą drogę z Wrocławia do Drezna słuchałem Marzi Gaggioli i myślałem tylko o tym, że gdy wysiądziemy, zrobię sobie zdjęcie, na którym będę wyglądać jak Paul Theroux. Kilka dni wcześniej zobaczyłem jego starą fotę i zapragnąłem mieć podobną. Jak tylko stanęliśmy na peronie, rozpoczęliśmy sesję à la Theroux. Nie spieszyło nam się na tramwaj ani do hotelu. Trzeba było profesjonalnie podejść do zdjęcia „na idola”.
Po udanej, aczkolwiek lekko nerwowej sesji, podczas której ja próbowałem wyglądać jak rasowy podróżnik, a A. robić zdjęcia jak rasowy fotograf, ruszyliśmy do hotelu. Podróż do Drezna minęła nam na tyle przyjemnie i wygodnie, że nie czuliśmy dużego zmęczenia. Szybko zrzuciliśmy bagaże do pokoju i wyszliśmy na poszukiwanie przygód i jedzenia.
środa, 31 lipca 2019
Ukraina. Przez Siódmy Kilometr na koniec świata
Ukraina też ma koniec swojego buta,
tak jak koniec buta mają Włochy. W podeszwie włoskiego buta, na
głębokim południu, leży Tarent, dawniej potężna baza włoskiej
marynarki wojennej. W podeszwie ukraińskiego trzewika leży zaś ze
swojska brzmiące Wilkowo, które jest portem dla niezliczonej liczby
drewnianych łajb, którymi mieszkańcy wyruszają na poranne połowy
na Dunaju, a w niedziele tych samych używają po to, by dopłynąć
na nabożeństwo do cerkwi.
sobota, 20 lipca 2019
Rumunia po raz pierwszy
Gdy spojrzy się na mapę, na pierwszy rzut oka, ukraińskiego Sołotwina i rumuńskiego Syhotu Marmaroskiego nie dzieli wiele, właściwie tylko rzeka. Z Nieunii do Unii Europejskiej idzie się starym, mocno wyeksploatowanym mostem nad Cisą. Byłem bardzo podekscytowany tą przeprawą, bo oto za chwilę miało mi ukazać swe wdzięki państwo, które chciałem zobaczyć od dawna. Jeszcze tylko piękny, sztuczny uśmiech dla celnika w budce i znajdę się w kraju spadkobierców starożytnych Daków.
poniedziałek, 17 czerwca 2019
Kojot
Kiedyś nad rzeką Słupią siedziałem. Siedziałem i patrzyłem w przestrzeń nieruchomą. Niebo zbliżało się ku ziemi, a ziemia tkwiła nieruchomo w miejscu. Gwiazd nie było widać, chmury zaciągnęły się i już żadna myśl nie mogła opuścić tej kopuły. Zupełnie jak w książce Stefana Króla. Tylko, że tutaj było bardzo ciepło, dżdżyście i byłem tylko ja.
wtorek, 11 czerwca 2019
Ciao ragazza!
Był poniedziałek i padał deszcz. To już mogło wystarczyć, by odpowiednio zniechęcić się do czegokolwiek. Tym razem miałem jednak przewagę nad tą nędzą, bo nie dość, że byłem we Włoszech, to miałem jeszcze wino w plecaku i zaplanowaną podróż pociągiem z Bergamo do Mediolanu. Wiem, to tylko 40 km, ale zawsze, gdy mam jechać pociągiem za granicą, dostaję ciar na plecach.
Na początku biegałem jak opętany po peronach i robiłem zdjęcia. Później zacząłem dostrzegać szczegóły i zachwyciły mnie obłe kształty lokomotyw i piętrowych wagonów. W ogóle, jak widzę piętrowe wagony, to dostaję kociokwiku i pojawia się odwieczna walka w głowie - góra czy dół, góra czy dół. Wtedy zazwyczaj do gry wchodzi A. i decyduje, że góra, bo świat widać lepiej. Tak było i tym razem. Gdyby nie ona, stałbym całą podróż z wiksą w oczach i ze wspomnianą dychotomią. Usiedliśmy zatem na górze, a gdy tylko pociąg wytoczył się ze stacji, zaczęliśmy kosztować winogrona w płynie za 1 euro.
Na początku biegałem jak opętany po peronach i robiłem zdjęcia. Później zacząłem dostrzegać szczegóły i zachwyciły mnie obłe kształty lokomotyw i piętrowych wagonów. W ogóle, jak widzę piętrowe wagony, to dostaję kociokwiku i pojawia się odwieczna walka w głowie - góra czy dół, góra czy dół. Wtedy zazwyczaj do gry wchodzi A. i decyduje, że góra, bo świat widać lepiej. Tak było i tym razem. Gdyby nie ona, stałbym całą podróż z wiksą w oczach i ze wspomnianą dychotomią. Usiedliśmy zatem na górze, a gdy tylko pociąg wytoczył się ze stacji, zaczęliśmy kosztować winogrona w płynie za 1 euro.
niedziela, 12 maja 2019
Zło, którego nie unikniesz – krótka historia o pociągu, który się zepsuł
To było tak...
Budzę się z lekka przerażony, bo we śnie ścigał mnie terminator - ten zły, z części drugiej. Zegar wskazuje trzecią w nocy. Do szóstej, bo o tej godzinie miałem zaplanowaną pobudkę, już nie mogę zasnąć. Piję wodę i czekam na atrakcje dnia.
Plan jest prosty. O 7:16 wyjeżdżam ze Słupska Zastępczą Komunikacją Autobusową Pol Regio, by o 9:09 być w Miastku i dalej jechać pociągiem do Szczecinka. Tam przesiadam się w osobowy o 10:03 do Poznania i na miejscu jestem o 13:18. Tak wiem, ZKA to zło, ale wolę jechać autobusem przez Korzybie i Kępice, niż za pomocą drutu przez Koszalin.
Budzę się z lekka przerażony, bo we śnie ścigał mnie terminator - ten zły, z części drugiej. Zegar wskazuje trzecią w nocy. Do szóstej, bo o tej godzinie miałem zaplanowaną pobudkę, już nie mogę zasnąć. Piję wodę i czekam na atrakcje dnia.
Plan jest prosty. O 7:16 wyjeżdżam ze Słupska Zastępczą Komunikacją Autobusową Pol Regio, by o 9:09 być w Miastku i dalej jechać pociągiem do Szczecinka. Tam przesiadam się w osobowy o 10:03 do Poznania i na miejscu jestem o 13:18. Tak wiem, ZKA to zło, ale wolę jechać autobusem przez Korzybie i Kępice, niż za pomocą drutu przez Koszalin.
poniedziałek, 6 maja 2019
Pociąg relacji Charków – Rachów kończy bieg
Obudziłem się przed Tatarowem w
fotelu bezprzedziałowego wagonu. Za oknem mgła, więc widać było tylko nieliczne kontury wzgórz, które przeradzały
się powoli w góry. Jakbyśmy jechali do Gotham.
Potężna lokomotywa z mozołem wjeżdżała coraz wyżej i wyżej w
karpackie przestrzenie, wyrzucając z siebie przy tym wielkie chmury spalin.
środa, 20 lutego 2019
Belgia. Piękno i Bestie
Belgia. Piękno i bestie
Zinfandel
Rose rozjaśnia zimową ciemność za oknem. Jest noc i jest czwarte piętro
wieżowca w centrum Warszawy. Przypominam sobie, kiedy właściwie
pierwszy raz byłem w Belgii. To było chyba w maju 2013 roku. A to
będzie właśnie krótka opowieść o Belgii, jaka mi się zdarzała.
Ponieważ Belgię bardzo lubię.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


