wtorek, 7 stycznia 2020

Jak zderzyłem się z pędzącym psem, czyli zima pod słowackimi Tatrami


Szliśmy ulicami Spiskiej Soboty mocno po zmroku. Pod naszymi stopami skrzypiał dawno niewidziany w Polsce śnieg, termometr wskazywał minus pięć. W alei prowadzącej do centrum miasteczka, które kiedyś znaczyło o wiele więcej niż Poprad, którego teraz było częścią, tuż przy starym cmentarzu, czaiło się zło.

Zło, miało postać psa rasy Border Collie i biegło za piłeczką ciśniętą z takiej specjalnej psiej wyrzutni (na allegro nazywa to „miotaczem piłek dla psa”), pędząc z prędkością torpedy. W swojej głupocie pomyślałem, że zatrzymam piłeczkę nogą, bo się piesek zmęczy goniąc za nią dalej.

Piesek zaś bardziej skoncentrowany był na przedmiocie i zdecydował się wejść wślizgiem pomiędzy moje niepewne kostki. Naprawdę nie wiedziałem, że Border Collie, może zwalić człowieka na oblodzony chodnik. Więc już wiem. Potrafi.