wtorek, 26 października 2021

Norymberga. Sala numer 600

 

Uwielbiam monachijski dworzec, choć nie jest cudem architektury. To ciężki budynek, pozbawiony lekkości wielkiego, ale jednak finezyjnego Wrocławia Głównego, Hamburga HBF czy Drezna. Stoję w jego centralnym punkcie, przede mną otwiera się perspektywa kilkunastu peronów, za którymi, po lewej stronie, ukryło się ich jeszcze kilka.

W dziesiątkach dworcowych sklepików można kupić te ich charakterystyczne, przecięte wzdłuż ciemne precle, posypane solą z wkładem z szynki szwarcwaldzkiej, albo serem. 

Wiem, że jeśli pójdę w lewo, to trafię w serce tętniącej życiem turecko-arabskiej dzielnicy, gdzie za 7 euro napcham się falafelem tak, że wylezie mi uszami. Jeśli zaś pójdę w prawo, to będzie dostojnie i bardzo niemiecko. Mogę zjeść currywursta w bawarskim wydaniu, a za dwa euro dostanę kufel solidnego „helles”. Gdzieś pomiędzy dwoma światami jest największy sklep z modelami wagonów i lokomotyw, jaki w życiu widziałem. Taka kolejowa Biedronka, o której marzy każdy dzieciak. 

***

Nie idę na piwo, nie wciągam currywursta. Nie jem falafela. Będę wcinał i pił to co miał mi do zaoferowania dworcowy Lidl. Na górnym pokładzie piętrowego składu Regional Express rozłożyłem się z lustrzanką, wegańskimi żelkami i najtańszym radlerem. 

Przeglądam swoje karty i zdjęcia w portfelu. Swoją własną podobiznę wciskam do śmietniczki. Z kart bankomatowych robię stykające się chipami domino. 

Jadę do Norymbergi, tylko nie wiem jeszcze, że przez Landshut i Ratyzbonę, bo jakimś cudem pomyliłem pociągi. Chciałem jechać szybko, ale wyszło jak wyszło. Pomyłka okazała się bardzo pouczająca.

Wschodnia Bawaria. Przełomy rzek, nad którymi kolej rozłożyła swoje zachwycające mosty. Malownicze pagórki. Doliny i urocze miasteczka, w kontrze do obrazów znanych z Polski. Podczas II wojny światowej alianci skupiali się na bombardowaniu dużych miast, oszczędzając mniejsze miejscowości. 600-letnie kościoły stoją jak stały. Po wyludnionych ulicach spacerowali z hartami i pinczerami niemieccy emeryci. Nudno i czysto.

Ale tutaj także wojna powiedziała "dzień dobry". Dość niespodziewanie i bardziej na "do widzenia". Pod Landshut, z Amerykanami kończącymi festiwal III Rzeszy, walczyła ostatnia sformowana dywizja Waffen SS – Nibelungen. Chłopaki, przywdziane w maskujące mundury, co chcieli wyciągnąć na wierzch z bagna umierający nazistowski kraj, bo innego nie znali. Zrobieni w chuja przez zdychający reżim, podsycani do walki przez czarnoksiężników dogorywającego cesarza, iluśtamletniej Rzeszy. Truchło idei, truchło 18-letnich żołnierzyków malowanych, którzy przegrali zanim zdążyli pomyśleć o przegranej, albo wygranej.

***

Na ścianach budynków nie ma już dawna śladów kul. Wszystko przykrył nowy tynk. Gdy tylko Adolf postanowił uwolnić Niemców od swojego ciężaru, Nibelungowie poddali się Amerykanom. W maju 1945 roku w mgnieniu oka z większości z nich uleciał z fanatyzm, który jeszcze w marcu 45 roku tłoczono w ich żyły w nazistowskiej szkółce w nieodległym podalpejskim Bad Toelz. Za dużo trupów zdążyli obejrzeć.

***

Wszyscy polowali na Adolfa, ale ten rozpłynął się we mgle. Pozostało wyłapać jego kumpli. Długo szukano miejsca, gdzie można by ich osądzić. Norymberga, jedno z miast hołubionych przez nazistów, nadawała się do tego idealnie.

Był tylko jeden, za to zasadniczy problem – miasto po nalotach niemal nie istniało. Szczęśliwie ostał się Pałac Sprawiedliwości, nieco poza centrum. Dalszą część historii opisano już w podręcznikach, pokazano na filmach. Ale dla mnie wciąż za mało sugestywnie. Chciałem zobaczyć salę procesową na własne oczy. Poczuć atmosferę miejsca, w którym stłoczono bestie. Spróbować dotknąć istoty zła.

***

Z piętrowego pociągu wysiadam na stacji w Norymberdze. Wcześniej posiedziałem trochę w wagonie pierwszej klasy, bo zawsze lubiłem trochę oszukiwać.

Niemcy szybko robią zakupy, opróżniając Lidlowe zakamarki z najtańszych piw. Znikają nawet pogardzane Heinekeny, po podłodze walają się kartony po tanich chipsach. Za dwie godziny ma rozpocząć się mecz Niemcy – Portugalia, rozgrywany w Monachium, z którego właśnie uciekłem. Cichnie życie na ulicach, wiatraki mielą powietrze w przydworcowych knajpach, które przygotowują się do Euro, z nadzieją na pomeczową ekstazę.

***

Na stacji metra Bärenschanze, 300 metrów od Pałacu Sprawiedliwości, nie wysiada ze mną nikt. Człapię do budynku, próbując nie wyzionąć ducha przy 33 stopniach w cieniu. Budynek o ciężkich murach z zewnątrz przypomina jakiś duży, smutny szpital.

Kobieta w kasie prosi o 16 euro za obejrzenie ekspozycji i sali, po czym jednak kasuje 6 euro, zgodnie z cennikiem. Wyjaśnia jak działa pilot z tłumaczem i słuchawki, których i tak nie używam. Ekspozycja jest dla mnie materialnym potwierdzeniem przyczyn, dla których się tu znalazłem. Najciekawszy eksponat na niej - oryginalna ławka, na której siadały nazistowskie dupy, które, choć srały i ułatwiały siedzenie tak jak mnie i Tobie, to jednak należały do największych skurwysynów tamtych czasów. Na ławkach siedzieli sami mężczyźni, ani jednej kobiety.

***


Na ostatnim piętrze, w jednym z pomieszczeń, gdzie zorganizowano ekspozycję, jest małe okienko. Miejsce przypomina salę, gdzie zazwyczaj w kinach znajduje się kinowy projektor. Z okienka można spojrzeć w dół, na niewielką salę. Dopiero po chwili świta mi w głowie myśl, że oto patrzę na miejsce, dla którego tu przyjechałem. Sala nr 600.

Jest mała. Dużo mniejsza, niż się spodziewałem. Przyszło mi do głowy, że w miejscu gdzie byłem, na górnym piętrze, musiał w 1945 roku stać operator z kamerą. Człowiek, który tworzył kadry i raz na zawsze określił punkt widzenia na koniec nazistowskiej epoki.

Teraz ja, tak jak kamerzysta 76 lat temu, lustruję wnętrze pomieszczenia poniżej, próbując dookreślić przestrzeń i aktorów. O to nie było trudno. Orientację w rozmieszczeniu oskarżonych wyglądała tak: wyobrażałem sobie spasionego Goeringa, którego samoloty zrównały z ziemią Wieluń i setki innych miast, Doenitza ze szpakowatym noskiem, którego u-botty topiły konwoje (10 lat więzienia). pewnego siebie Hoessa (jego nie trzeba było szukać, ponieważ w 1941 roku zastępca Adolfa sam udał się na lotniczą wycieczkę do Anglii).

***

Sala 600 nie zawsze udostępniania jest do zwiedzania. Od czasu do czasu wciąż toczą się tu sprawy sądowe. Jest jednym z większych pomieszczeń w Pałacu Sprawiedliwości i praktyczne podejście każe Niemcom cały czas z niej korzystać.

Wcześniej, z góry, widziałem, że w procesowych ławach siedział facet w średnim wieku, który na laptopie szybko robił notatki. Schodzę na dół, ale już go nie ma. Na jednym z siedzeń leży natomiast pozostawiony laptop, z którego bez trudu odczytuję notatki. Mój skromny niemiecki starcza, by dość do wniosku, że dotyczą przygotowywanego aktu oskarżenia.

***

Są takie miejsca, o których uczą nas w szkołach, pokazują je w dokumentalnych filmach, które znaczą wiele, ale po przebywaniu w nich tracimy świadomość, gdzie jesteśmy. To nie należy do takich. Obrazy wtłoczone w głowę przez zdecydowany głos Bogusława Wołoszańskiego miały tu dla mnie swoje ujście. 

Powietrze jest ciężkie od emocji, drewno na ścianach też jest ciężkie, ciężki jest wielki krzyż pod sufitem i nie ma na nim napisu "Inri". To chyba o takich miejscach mówi się, że siekierę można w powietrzu zawiesić. Do tego cholerny upał i maseczki, które trzeba nosić w pomieszczeniach, w których klimatyzator ledwie daje sobie radę. Dość łatwo i chętnie stąd wychodzę, choć gorąc taki, że nawet muchy przestają latać.




***

Przecznicę dalej, na rogu ulicy, kupuję przepysznego falafela. Pijane Niemki po 60-tce kokietują uśmiechniętego Turka z wąsem, żartując sobie z nim pod oknem gdzie wydawał kebaba za 4,50 i piwo za 2 euro. Norymberga roi się od bliskowschodnich nacji. Przez miasto wiał wiatr historii, ale w inną stronę niż to zaplanowano w latach 30. Bo wiatr wieje ciągle tam gdzie chce. Metrem, w którym poza mną niemal nie było pasażerów, jadę do centrum.



Obok zbudowanego z czego się dało Miasteczka dla Klimatu rozłożyli się przed klatkami schodowymi Niemcy i z zajumanych z knajp parasoli zrobili sobie własne ogródki. Piwo leje się strumieniami prawie jak na Oktober Feście. Ale jest lato i powietrze stoi w miejscu. 19 czerwca 2021 roku. Niemcy wygrywają z Portugalią na stadionie w Monachium 4:2. 

Dowiaduję się o tym, gdy jestem na pokładzie powrotnego pociągu. Za chwilę rozpocznie się mecz Polska - Hiszpania. Zremisujemy go z wynikiem 1:1. Ale nie wyjdziemy z grupy. Niemcy wyszli.





Wszystkie nerwowe wspomnienia

Nasza trzecia podróż zaczęła się w nocnym pociągu z Warszawy do Świnoujścia. Wsiadłem w Poznaniu i szybko przeszliśmy z M. do metafizyki, która około 4 nad ranem ukołysała nas do snu. Zasnęliśmy tuż po interwencji policji w naszym wagonie na stacji w Rzepinie. Okazało się, że dwa przedziały dalej okradziono typa z gotówki. Wiózł ze sobą dorobek wakacyjnej pracy. Było mi go trochę żal. Rano siedział na schodkach promu i w jednej dłoni tonęła jego twarz, a w drugiej trzymał storczyka.



Gdy dotarliśmy do ostatniej stacji, szumiało nam w głowach mocno, jeszcze noc nie wypuściła nas ze swoich szponów. Z pociągu na prom poszliśmy za tłumem. Trudno zresztą byłoby pójść gdzie indziej. Wieczny remont terenów przydworcowych ograniczał skutecznie przestrzeń. Chwilę później płynęliśmy do miasta, na którego oblicze patrzyliśmy po raz pierwszy.



Szliśmy jakby przez wieczność po chodniku, który pamiętał poprzedni ustrój. Dookoła bloki i imprezowe niedobitki. Mewy skrzeczały przeraźliwie, ale nie to było wkurzające. Najbardziej doskwierał ból głowy, który paraliżował mnie przy każdym gwałtownym ruchu. Jakby ciśnienie chciało rozerwać czaszkę od środka. Zmierzaliśmy na pociąg, który zabierze nas z Polski. Bardzo nie chcieliśmy już w niej być, a zwłaszcza ja, bo był to dla mnie pierwszy zagraniczny wyjazd od początku pandemii i ogromnie mi tego brakowało.

Przez dwadzieścia cztery lata żyłem w odległości około trzydziestu kilometrów od morza i niechętnie tam zaglądałem. Jeśli już, to zawsze późną jesienią lub zimą, gdy nie było ludzi, a wiatr smagał po twarzy swoim srogim obliczem. Dopiero w Zinnowitz uświadomiłem sobie, jak bardzo lubię tę bezkresną morską pustkę. Szumiało, ból głowy łagodniał i było umiarkowanie ciepło. Plażowiczów jak na lekarstwo i nikt nie mówił po polsku oprócz nas. Siedzieliśmy ze stopami zakopanymi w piasku i gapiliśmy się na kapsułę umieszczoną na końcu molo, która co chwilę się zanurzała w wodzie. W tamtym momencie nic więcej nie potrzebowaliśmy. No może odrobiny procentów.



Następną atrakcją miało być Pennemunde, ale Uznamska Kolej Nadmorska postanowiła nie uruchomić pociągu, który miał nas tam zawieźć. Ruszyliśmy więc do miejsca docelowego, czyli Wolgast. Tylko chwilę zajęło nam zalogowanie się w hostelu, by jak najszybciej odespać trochę nocnych wrażeń, bo nowe miały za chwilę się zacząć.

Wieczorem miasto było zupełnie puste. Gwarna kawiarnia sprzed kilku godzin zupełnie opustoszała, a zamiast tego w każdym kącie rynku słychać było szum niewielkiej fontanny. Cisza go potęgowała. Byliśmy tam zupełnie sami. My i wiatr, który rozpędzał się przy zatoce i rozbijał o zabytkowe domostwa. Dość szybko zrobiło się ciemno, a widmowe oblicze dawnej Wołogoszczy próbowało nami zawładnąć. Włóczyliśmy się po tych samych uliczkach kilkukrotnie, wypiliśmy, to mieliśmy do wypicia i poszliśmy spać, bo kolejnego dnia pojechaliśmy na Rugię oglądać dawny hitlerowski ośrodek wypoczynkowy w Prorze i białe klify w Sassnitz.


wtorek, 16 marca 2021

Piosenka o smutnym Rumunie

Nie pamiętam co o Bolodze pisał przewodnik, bo dawno go zgubiłem. Ale wtedy na pewno go jeszcze miałem. Kilogramowe tomiszcze z „Bezdroży”, niby podręczne, musiało dać jakąś wskazówkę, że warto tam pojechać. Ale istnieje też taka możliwość, że ze zmęczenia pomyliliśmy stacje.


wtorek, 2 lutego 2021

Jezdnia ucieka przez dziurę w podłodze. Z przemytnikami do Rumunii


 

Trzy wagony spokojnie pamiętające czasy Chruszczowa i olbrzymia, dieslowska lokomotywa. Tak wyglądał pociąg, którym mieliśmy dotrzeć z Czerniowców w pobliże ukraińsko-rumuńskiego przejścia granicznego Siret-Badul. W osobówce panował swojski syf, jechaliśmy może 30 kilometrów na godzinę, drewniane ławki odkształcały nasze kręgosłupy trzeszcząc niemiłosiernie. 

Okna otworzyć nie sposób, pot lal się strumieniami z pasażerów obserwujących rozpad niegdyś zadbanych bukowińskich wsi. Było ich niewielu, więc konduktor nie miał wiele pracy, nie zarobił też na łapówkach, które przyjmował nie wydając w zamian biletów. Stare kobiety wiozły na rynek kury, jajka, trochę warzyw i młode świnie poupychane w jutowych workach. Bilet kosztował równowartość dwóch piw.

Przed końcową stacją żołądek wypchany po brzegi słonym, białym serem i moskiewską kiełbasą zaczął dopominać się o swoje. Ścigając się z czasem, mocno zatrzasnąłem za sobą drzwi wagonowej toalety. Przestałem zmagać się z naturą dokładnie w momencie, kiedy gwałtowne szarpnięcie i pisk hamulców uświadomił mi, że dotarliśmy do celu. 

Zacząłem walkę z drzwiami, które mimo wielokrotnych szarpnięć, nie chciały się otworzyć. Wiedziałem, że jeszcze chwila niezdecydowania, a pociąg pojedzie dalej, ze mną w kiblu. Oddalając się znacznie od granicy. Zaparłem się o pobielone białą farbą okno i z całej siły kopnąłem w oporną materię. Wióry się posypały, drzwi drgnęły. Rozstąpiły się wrota sracza, jak Morze Czerwone, choć bliżej nam było do Czarnego.

Wzrok konduktora, który, jak się okazało, obserwował z zewnątrz obojętnie jak sobie poradzę, nie wyrażał niczego. Moje tłumaczenia, ze wcale nie chciałem, ze zwyczajnie się zacięły, nie były potrzebne. Facet ze zrozumieniem pokiwał głową i wskazując na powyginana w kilku miejscach framugę. Wyjaśnił, że nie ja pierwszy podjąłem walkę i pewnie nie ja ostatni.

***

Pogranicznicy na stacji zbijali bąki na taboretach. Nie mogli zrozumieć co robimy w tym miejscu. Spodziewałem się, że tekst “Kocham Ukrainę” może być kluczem do uproszczenia procedury, ale stało się inaczej. Po 10 minutach kontemplacji polskich paszportów i sprawdzeniu plecaków na okoliczność posiadania materiałów wybuchowych bądź skóry z węża, w końcu odzyskałem i odpowiedz na pytanie, w którą stronę iść w kierunku samochodowego przejścia granicznego. Zanim jeszcze zbliżyliśmy się do niego, nasze ścieżki przeciął Stiopa. Kowal, lat 55.

Stiopa zarabiał tyle, ze z trudem wiązał koniec z końcem. Miał taki babciny wyraz twarzy – uosobienie dobroci i alkoholowego zatracenia, był przeraźliwie chudy. Napiłem się z nim samogonu, który przyniósł ze swojej altanki, a potem postawiłem piwo, słuchając historii o tym, kto ile ukradł i kto kogo podpalił. Ani się obejrzałem, a ze Stiopą upłynęły dwie godziny. 

Bardzo go kochałem. Po tym bimbrze kochałem wszystkich. Z szacunkiem podchodziłem do pograniczników, którzy jeszcze niedawno dla zabawy nas nękali, a spękany od słońca i przeciążonych ciężarówek asfalt był od zawsze swój.

***

Na stopa złapaliśmy zaporożca i szybko dojechaliśmy do przejścia granicznego. Udręczony upałem patrzyłem z nadzieja na rumuńska stronę, chociaż wszystko, poza literami alfabetu, było tam podobne. Ale granicy przekroczyć się nie dało.

– To przejście dla samochodów, nie dla pieszych – burknął ukraiński pogranicznik z czapką typu lotniskowiec, a ja wiedziałem już, ze nie chodzi o to, ze moje płuca to nie silnik benzynowy, a nogi to nie koła. Chodziło o łapówkę.

– Nie dostaniesz – burknąłem do siebie. Nie wiem czy to słyszał, bo zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, poszedł na swoje stanowisko przy szlabanie. Nie miałem ochoty na wywalanie połowy zawartości lichego portfela na łapówki. To były czasy gdy 500 złotych miało starczyć na dwutygodniowe wakacje w Rumunii. 

Miałem dość dawania w łapę, tym bardziej, ze kilka dni wcześniej postawiony pod ścianą w bramie lwowskiej kamienicy musiałem dorzucić się do fajek dwóm ukraińskim policjantom, tracąc w sumie 20 euro. Grozili, że mandat za jakieś błahe, wydumane przewinienie, będzie wielokrotnie wyższy. 

Szukałem kogoś, kto zechce podrzucić mnie 500 metrów dalej, do rumuńskiego raju, gdzie czekały już dumnie zawieszone na szpicach flagi bratniego eurosojuzu. Jeden z kierowców chciał za podwózkę 50 dolarów. Na taką propozycje, znając zasobność swojego portfela,  pozostało mi wybuchnąć śmiechem.

Ruch był tu naprawdę niewielki. Jeszcze kilka lat wcześniej przemyt kwitł i pewnie dawno był bym po drugiej stronie. Od czasu, kiedy Rumunia weszła do Unii bardzo uszczelniono granice a kary finansowe za przerzut towarów znacznie wzrosły. Mimo tego nie traciłem nadziei, choć samochodów było jak na lekarstwo a w dodatku skończyła się nam woda. Pagórkowata Bukowina była wysuszona na wiór i nie wiem jakim cudem mundurowi wytrzymywali w skrojonych na radziecka modle mundurach.

– Ej, turysta, gdzie chcesz jechać? – zapytał facet z białej Łady, o której myślałem, ze została zepchnięta na pobocze i nigdy już nigdzie nie pojedzie.

– Za ile weźmiecie nas do Rumunii? – zapytałem, nie marząc nawet o tym, że na tym check-poincie można coś załatwić za piękny uśmiech.

– Nie chce pieniędzy, tylko powiedz mi co przemycacie. 

– Nic, nawet papierosów nie mam, bo nie palę – odpowiedziałem. Spojrzał z początku z niedowierzaniem, ale po chwili dotarło do niego, że na serio jesteśmy turystami.

– No dobra, do maszyny.  Weźmiecie trochę petów i najwyżej będziecie świecić oczami, że nie wiecie o co chodzi. Igor jestem. Tylko poczekajcie, bo żona musi się zapakować.

Zapakować? Nie, nie pomyliłem się. Żona Igora, ponaglana przez niego w niewybrednych słowach, właśnie była w trakcie wkładania pod spódnicę 6 albo 7 sztang Pryłuków – tanich ukraińskich petów. W tym czasie jego ręce, jak dłonie sprawnego modelarza, wykręciły tablice z prędkościomierzem. Władował tam kolejnych kilka sztang papierosów. Nam jednak nie dał żadnych (albo dobrze nie pamiętam).

Kiedy usiadłem z przodu, podłoga w Ładzie delikatnie się ugięła. Przez kilka dziur w skorodowanej blasze widziałem jezdnie. Ruszyliśmy. Miałem dość skwaru i cieszył mnie każdy ruch. Na wszelki wypadek do swojego paszportu Igor włożył 20 dolarów. Tak jak się spodziewał, jego dokument wrócił już bez wartościowego papierka. Zniknął gdzieś w przepastnej kieszeni rumuńskiego pogranicznika.

Leciwa Łada i jej czwórka pasażerów, czyli my, rozpędzała się na równej, świeżo wyremontowanej za unijna kasę rumuńskiej drodze. Samochód, z każdym zakrętem, wpadał w przedśmiertne drgawki. To jednak nie skłaniało Igora do ograniczenia prędkości. Nawet w wioskach, gdzie romskie dzieci grały na ulicach w piłkę, siła radzieckiej motoryzacji musiała być siłą radzieckiej motoryzacji.

Gdy wjechaliśmy na kilkanaście kilometrów w głąb rumuńskiego interioru pomiędzy parą przemytników, rozpętała się kłótnia, która po chwili ucichła tak szybko, jak się zaczęła. Kiedy wskazówka prędkościomierza dobiła do setki przypomniałem sobie, ze nasze plecaki leża na drucianej konstrukcji na dachu przywiązane sznurkami. Podzieliłem się obawa o stan bagażu z Igorem, który gwałtownie wcisnął pedał hamulca.

Wywołało to odwrotnie proporcjonalne do skali gwałtowności ruchu nogi spowolnienie auta. Łada rozpędzała się bowiem do setki chyba w 2 minuty, ale z setki do zera w dół nie było wiele szybciej. Zatrzymaliśmy się chyba po 200 metrach, aby stwierdzić, że z plecakami wszystko okej. A skoro tak, nie ma sensu wrzucać ich do auta. I nie ma sensu jechać wolniej.

Kilka kilometrów dalej, ta sama operacja hamowania od 100 do zera powtórzyła się,  tym razem z inicjatywy Igora. Zaciekawiony spojrzałem na żonę Igora, wyczekując odpowiedzi, dlaczego stanęliśmy pośrodku pola. Czyżby po to, by obejrzeć zachód słońca? Kobieta uśmiechnęła się do mnie i błyskawicznie zaczęła dziurawić rajstopy, wyciągając spod spódnicy setki paczek Pryłuków.

– Szybciej, job twoju mat'– warknął Igor do swojej przemytniczej wybranki. Jednocześnie wyciągał zza kierownicy pozostałe pety. Po chwili wszystkie papierosy znalazły się w czarnym worku. Podobnym do tych, w którym wynosimy na śmieci, albo wkładamy do nich topielców. W mgnieniu oka cały worek znalazł się w kępie traw, a my, jak gdyby nigdy nic, pojechaliśmy dalej w stronę Suczawy. 

Na kilka kilometrów przed miastem rozstaliśmy się, żegnani serdecznie, obserwując jak ugięta na prawą stronę Łada znika wśród pagórków, szorując podwoziem o unijny asfalt.

***

Kilka dni później wlepiałem swoje zmęczone oczy w tablice dziękczynną poświęcona prymasowi Glempowi. Taka była umieszczona na pierwszym piętrze Domu Polskiego w wiosce Paltinoasa, w której za asfaltową ulicę zapłacił Aleksander Kwaśniewski i z tego powodu wszyscy tu kochali Polaków, nie tylko Ci, którzy byli potomkami XIX wiecznych górników, których zwabił tu zarobek.

Piliśmy wódkę Stalinskaya z przemiłymi potomkami XIX-wiecznych polskich migrantów ze Spiszu, których przygnała na Bukowinę obietnica dobrze płatnej pracy w kopalni. Mieszaliśmy rumuński i polski, ukraiński i rosyjski. 

Była tam też para Polaków, którzy zbłądzili tu tak jak my. Udało im się dotrzeć do Suczawy jedynym rejsowym autobusem z Czerniowców. Opowiadali historię swojej podróży. Jeden jej element wydał nam się szczególnie ciekawy.

– W środku pola kierowca autobus zatrzymuje się. Prehistoryczny Ikarus staje pośrodku pola. Kierowca wpada w krzaki, wyciąga z niego plastikowe czarne worki i ładuje je do środka... – opowiadał rodak. 

Poznałem więc przyczynę, dla której worki ze szlugami lądowały w polu. Zrobiło się melancholijnie. Za oknem przejeżdżał właśnie pociąg ze stacji Gura Humorului do Suczawy. Kilka tygodni później z linii kolejowej nie było co zbierać, bo zmyła ją powódź. Potomkowie polskich górników byli skazani na łapanie stopa na drodze zbudowanej z inicjatywy Kwaśniewskiego.