wtorek, 26 października 2021

Norymberga. Sala numer 600

 

Uwielbiam monachijski dworzec, choć nie jest cudem architektury. To ciężki budynek, pozbawiony lekkości wielkiego, ale jednak finezyjnego Wrocławia Głównego, Hamburga HBF czy Drezna. Stoję w jego centralnym punkcie, przede mną otwiera się perspektywa kilkunastu peronów, za którymi, po lewej stronie, ukryło się ich jeszcze kilka.

W dziesiątkach dworcowych sklepików można kupić te ich charakterystyczne, przecięte wzdłuż ciemne precle, posypane solą z wkładem z szynki szwarcwaldzkiej, albo serem. 

Wiem, że jeśli pójdę w lewo, to trafię w serce tętniącej życiem turecko-arabskiej dzielnicy, gdzie za 7 euro napcham się falafelem tak, że wylezie mi uszami. Jeśli zaś pójdę w prawo, to będzie dostojnie i bardzo niemiecko. Mogę zjeść currywursta w bawarskim wydaniu, a za dwa euro dostanę kufel solidnego „helles”. Gdzieś pomiędzy dwoma światami jest największy sklep z modelami wagonów i lokomotyw, jaki w życiu widziałem. Taka kolejowa Biedronka, o której marzy każdy dzieciak. 

***

Nie idę na piwo, nie wciągam currywursta. Nie jem falafela. Będę wcinał i pił to co miał mi do zaoferowania dworcowy Lidl. Na górnym pokładzie piętrowego składu Regional Express rozłożyłem się z lustrzanką, wegańskimi żelkami i najtańszym radlerem. 

Przeglądam swoje karty i zdjęcia w portfelu. Swoją własną podobiznę wciskam do śmietniczki. Z kart bankomatowych robię stykające się chipami domino. 

Jadę do Norymbergi, tylko nie wiem jeszcze, że przez Landshut i Ratyzbonę, bo jakimś cudem pomyliłem pociągi. Chciałem jechać szybko, ale wyszło jak wyszło. Pomyłka okazała się bardzo pouczająca.

Wschodnia Bawaria. Przełomy rzek, nad którymi kolej rozłożyła swoje zachwycające mosty. Malownicze pagórki. Doliny i urocze miasteczka, w kontrze do obrazów znanych z Polski. Podczas II wojny światowej alianci skupiali się na bombardowaniu dużych miast, oszczędzając mniejsze miejscowości. 600-letnie kościoły stoją jak stały. Po wyludnionych ulicach spacerowali z hartami i pinczerami niemieccy emeryci. Nudno i czysto.

Ale tutaj także wojna powiedziała "dzień dobry". Dość niespodziewanie i bardziej na "do widzenia". Pod Landshut, z Amerykanami kończącymi festiwal III Rzeszy, walczyła ostatnia sformowana dywizja Waffen SS – Nibelungen. Chłopaki, przywdziane w maskujące mundury, co chcieli wyciągnąć na wierzch z bagna umierający nazistowski kraj, bo innego nie znali. Zrobieni w chuja przez zdychający reżim, podsycani do walki przez czarnoksiężników dogorywającego cesarza, iluśtamletniej Rzeszy. Truchło idei, truchło 18-letnich żołnierzyków malowanych, którzy przegrali zanim zdążyli pomyśleć o przegranej, albo wygranej.

***

Na ścianach budynków nie ma już dawna śladów kul. Wszystko przykrył nowy tynk. Gdy tylko Adolf postanowił uwolnić Niemców od swojego ciężaru, Nibelungowie poddali się Amerykanom. W maju 1945 roku w mgnieniu oka z większości z nich uleciał z fanatyzm, który jeszcze w marcu 45 roku tłoczono w ich żyły w nazistowskiej szkółce w nieodległym podalpejskim Bad Toelz. Za dużo trupów zdążyli obejrzeć.

***

Wszyscy polowali na Adolfa, ale ten rozpłynął się we mgle. Pozostało wyłapać jego kumpli. Długo szukano miejsca, gdzie można by ich osądzić. Norymberga, jedno z miast hołubionych przez nazistów, nadawała się do tego idealnie.

Był tylko jeden, za to zasadniczy problem – miasto po nalotach niemal nie istniało. Szczęśliwie ostał się Pałac Sprawiedliwości, nieco poza centrum. Dalszą część historii opisano już w podręcznikach, pokazano na filmach. Ale dla mnie wciąż za mało sugestywnie. Chciałem zobaczyć salę procesową na własne oczy. Poczuć atmosferę miejsca, w którym stłoczono bestie. Spróbować dotknąć istoty zła.

***

Z piętrowego pociągu wysiadam na stacji w Norymberdze. Wcześniej posiedziałem trochę w wagonie pierwszej klasy, bo zawsze lubiłem trochę oszukiwać.

Niemcy szybko robią zakupy, opróżniając Lidlowe zakamarki z najtańszych piw. Znikają nawet pogardzane Heinekeny, po podłodze walają się kartony po tanich chipsach. Za dwie godziny ma rozpocząć się mecz Niemcy – Portugalia, rozgrywany w Monachium, z którego właśnie uciekłem. Cichnie życie na ulicach, wiatraki mielą powietrze w przydworcowych knajpach, które przygotowują się do Euro, z nadzieją na pomeczową ekstazę.

***

Na stacji metra Bärenschanze, 300 metrów od Pałacu Sprawiedliwości, nie wysiada ze mną nikt. Człapię do budynku, próbując nie wyzionąć ducha przy 33 stopniach w cieniu. Budynek o ciężkich murach z zewnątrz przypomina jakiś duży, smutny szpital.

Kobieta w kasie prosi o 16 euro za obejrzenie ekspozycji i sali, po czym jednak kasuje 6 euro, zgodnie z cennikiem. Wyjaśnia jak działa pilot z tłumaczem i słuchawki, których i tak nie używam. Ekspozycja jest dla mnie materialnym potwierdzeniem przyczyn, dla których się tu znalazłem. Najciekawszy eksponat na niej - oryginalna ławka, na której siadały nazistowskie dupy, które, choć srały i ułatwiały siedzenie tak jak mnie i Tobie, to jednak należały do największych skurwysynów tamtych czasów. Na ławkach siedzieli sami mężczyźni, ani jednej kobiety.

***


Na ostatnim piętrze, w jednym z pomieszczeń, gdzie zorganizowano ekspozycję, jest małe okienko. Miejsce przypomina salę, gdzie zazwyczaj w kinach znajduje się kinowy projektor. Z okienka można spojrzeć w dół, na niewielką salę. Dopiero po chwili świta mi w głowie myśl, że oto patrzę na miejsce, dla którego tu przyjechałem. Sala nr 600.

Jest mała. Dużo mniejsza, niż się spodziewałem. Przyszło mi do głowy, że w miejscu gdzie byłem, na górnym piętrze, musiał w 1945 roku stać operator z kamerą. Człowiek, który tworzył kadry i raz na zawsze określił punkt widzenia na koniec nazistowskiej epoki.

Teraz ja, tak jak kamerzysta 76 lat temu, lustruję wnętrze pomieszczenia poniżej, próbując dookreślić przestrzeń i aktorów. O to nie było trudno. Orientację w rozmieszczeniu oskarżonych wyglądała tak: wyobrażałem sobie spasionego Goeringa, którego samoloty zrównały z ziemią Wieluń i setki innych miast, Doenitza ze szpakowatym noskiem, którego u-botty topiły konwoje (10 lat więzienia). pewnego siebie Hoessa (jego nie trzeba było szukać, ponieważ w 1941 roku zastępca Adolfa sam udał się na lotniczą wycieczkę do Anglii).

***

Sala 600 nie zawsze udostępniania jest do zwiedzania. Od czasu do czasu wciąż toczą się tu sprawy sądowe. Jest jednym z większych pomieszczeń w Pałacu Sprawiedliwości i praktyczne podejście każe Niemcom cały czas z niej korzystać.

Wcześniej, z góry, widziałem, że w procesowych ławach siedział facet w średnim wieku, który na laptopie szybko robił notatki. Schodzę na dół, ale już go nie ma. Na jednym z siedzeń leży natomiast pozostawiony laptop, z którego bez trudu odczytuję notatki. Mój skromny niemiecki starcza, by dość do wniosku, że dotyczą przygotowywanego aktu oskarżenia.

***

Są takie miejsca, o których uczą nas w szkołach, pokazują je w dokumentalnych filmach, które znaczą wiele, ale po przebywaniu w nich tracimy świadomość, gdzie jesteśmy. To nie należy do takich. Obrazy wtłoczone w głowę przez zdecydowany głos Bogusława Wołoszańskiego miały tu dla mnie swoje ujście. 

Powietrze jest ciężkie od emocji, drewno na ścianach też jest ciężkie, ciężki jest wielki krzyż pod sufitem i nie ma na nim napisu "Inri". To chyba o takich miejscach mówi się, że siekierę można w powietrzu zawiesić. Do tego cholerny upał i maseczki, które trzeba nosić w pomieszczeniach, w których klimatyzator ledwie daje sobie radę. Dość łatwo i chętnie stąd wychodzę, choć gorąc taki, że nawet muchy przestają latać.




***

Przecznicę dalej, na rogu ulicy, kupuję przepysznego falafela. Pijane Niemki po 60-tce kokietują uśmiechniętego Turka z wąsem, żartując sobie z nim pod oknem gdzie wydawał kebaba za 4,50 i piwo za 2 euro. Norymberga roi się od bliskowschodnich nacji. Przez miasto wiał wiatr historii, ale w inną stronę niż to zaplanowano w latach 30. Bo wiatr wieje ciągle tam gdzie chce. Metrem, w którym poza mną niemal nie było pasażerów, jadę do centrum.



Obok zbudowanego z czego się dało Miasteczka dla Klimatu rozłożyli się przed klatkami schodowymi Niemcy i z zajumanych z knajp parasoli zrobili sobie własne ogródki. Piwo leje się strumieniami prawie jak na Oktober Feście. Ale jest lato i powietrze stoi w miejscu. 19 czerwca 2021 roku. Niemcy wygrywają z Portugalią na stadionie w Monachium 4:2. 

Dowiaduję się o tym, gdy jestem na pokładzie powrotnego pociągu. Za chwilę rozpocznie się mecz Polska - Hiszpania. Zremisujemy go z wynikiem 1:1. Ale nie wyjdziemy z grupy. Niemcy wyszli.





Wszystkie nerwowe wspomnienia

Nasza trzecia podróż zaczęła się w nocnym pociągu z Warszawy do Świnoujścia. Wsiadłem w Poznaniu i szybko przeszliśmy z M. do metafizyki, która około 4 nad ranem ukołysała nas do snu. Zasnęliśmy tuż po interwencji policji w naszym wagonie na stacji w Rzepinie. Okazało się, że dwa przedziały dalej okradziono typa z gotówki. Wiózł ze sobą dorobek wakacyjnej pracy. Było mi go trochę żal. Rano siedział na schodkach promu i w jednej dłoni tonęła jego twarz, a w drugiej trzymał storczyka.



Gdy dotarliśmy do ostatniej stacji, szumiało nam w głowach mocno, jeszcze noc nie wypuściła nas ze swoich szponów. Z pociągu na prom poszliśmy za tłumem. Trudno zresztą byłoby pójść gdzie indziej. Wieczny remont terenów przydworcowych ograniczał skutecznie przestrzeń. Chwilę później płynęliśmy do miasta, na którego oblicze patrzyliśmy po raz pierwszy.



Szliśmy jakby przez wieczność po chodniku, który pamiętał poprzedni ustrój. Dookoła bloki i imprezowe niedobitki. Mewy skrzeczały przeraźliwie, ale nie to było wkurzające. Najbardziej doskwierał ból głowy, który paraliżował mnie przy każdym gwałtownym ruchu. Jakby ciśnienie chciało rozerwać czaszkę od środka. Zmierzaliśmy na pociąg, który zabierze nas z Polski. Bardzo nie chcieliśmy już w niej być, a zwłaszcza ja, bo był to dla mnie pierwszy zagraniczny wyjazd od początku pandemii i ogromnie mi tego brakowało.

Przez dwadzieścia cztery lata żyłem w odległości około trzydziestu kilometrów od morza i niechętnie tam zaglądałem. Jeśli już, to zawsze późną jesienią lub zimą, gdy nie było ludzi, a wiatr smagał po twarzy swoim srogim obliczem. Dopiero w Zinnowitz uświadomiłem sobie, jak bardzo lubię tę bezkresną morską pustkę. Szumiało, ból głowy łagodniał i było umiarkowanie ciepło. Plażowiczów jak na lekarstwo i nikt nie mówił po polsku oprócz nas. Siedzieliśmy ze stopami zakopanymi w piasku i gapiliśmy się na kapsułę umieszczoną na końcu molo, która co chwilę się zanurzała w wodzie. W tamtym momencie nic więcej nie potrzebowaliśmy. No może odrobiny procentów.



Następną atrakcją miało być Pennemunde, ale Uznamska Kolej Nadmorska postanowiła nie uruchomić pociągu, który miał nas tam zawieźć. Ruszyliśmy więc do miejsca docelowego, czyli Wolgast. Tylko chwilę zajęło nam zalogowanie się w hostelu, by jak najszybciej odespać trochę nocnych wrażeń, bo nowe miały za chwilę się zacząć.

Wieczorem miasto było zupełnie puste. Gwarna kawiarnia sprzed kilku godzin zupełnie opustoszała, a zamiast tego w każdym kącie rynku słychać było szum niewielkiej fontanny. Cisza go potęgowała. Byliśmy tam zupełnie sami. My i wiatr, który rozpędzał się przy zatoce i rozbijał o zabytkowe domostwa. Dość szybko zrobiło się ciemno, a widmowe oblicze dawnej Wołogoszczy próbowało nami zawładnąć. Włóczyliśmy się po tych samych uliczkach kilkukrotnie, wypiliśmy, to mieliśmy do wypicia i poszliśmy spać, bo kolejnego dnia pojechaliśmy na Rugię oglądać dawny hitlerowski ośrodek wypoczynkowy w Prorze i białe klify w Sassnitz.