Już dawno zamknęli ostatni monopolowy na osiedlu, dlatego z ławeczki przenieśli się do podziemia. Giną, spijając ostatnie łyki wódki w otchłani piwnicznych zakamarków. Dla pragnienia nie ma taryfy ulgowej. Trzeba robić zapasy, których nigdy nie wystarcza nawet na jedno niedzielne popołudnie. Przygarbieni ukrywają się za winklem codzienności. Szepczą sobie nawzajem czułości o nadchodzącym kacu wiedząc, że litości nie będzie. Jak co wieczór świat zawiruje na smutno, a gwiazdy znikną za chmurami. Już niebawem ukołysze ich noc i poprowadzi wprost w pijane objęcia Morfeusza. Dawno wydeptane ścieżki znają nawyki swoich twórców. Niejeden upadek człowieka chowają okoliczne krzaki. Czuć jeszcze w powietrzu ostatnie podrygi młodości. Jakby to było wczoraj.
piątek, 1 listopada 2019
wtorek, 29 października 2019
I hate Brno
Pierwszy raz do Czech udaliśmy się z A. we wrześniu 2012 roku. Celowaliśmy wówczas w Pragę, ale środki finansowe dały nam do zrozumienia, że jeszcze nie czas na europejską elitę miast. Naszą destynacją stało się więc Brno, stolica Moraw.
piątek, 25 października 2019
W poszukiwaniu niestłuczonej szyby. Podróż pociągiem przez Albanię
Po
pierwszej godzinie byłem zafascynowany podróżą. Jak 3-latek,
który pierwszy raz widzi pociąg. Druga godzina ciągle jeszcze nie
była zła, w końcu realizowałem swoje marzenie. Trzecia godzina w
zdemolowanym wagonie, to już było trochę za dużo, zwłaszcza, że
z krajobrazu zniknęły góry, a zamiast nich pojawiły się góry
śmieci i resztki fabryk, okradzionych ze wszystkiego, co zawierało
metal. Gdy mijała czwarta skończyła się nam zabrana na
okoliczność podróży butelka białego wina i zjedliśmy już
wszystkie serbskie paluszki Kiri Kiri, radość zmieniła się we
frustrację i smutną refleksję nad syfem, który nas otaczał. W
gratisie dostaliśmy jeszcze kwadrans, bo pociąg się, a jakże,
spóźnił.
wtorek, 22 października 2019
Something like Barcelona
Należy zacząć od tego, że stadion już nie poraża swoją wielkością i dostojnością, jak w dzieciństwie. Był areną zmagań lokalnej drużyny piłkarskiej i uczestników festynów gminnych, ale my łaziliśmy tam wbrew woli rodziców tylko, gdy przestrzeń świeciła pustką. Najpierw przeciskaliśmy się przez wykop pod ogrodzeniem i za każdym razem któryś z nas musiał tam utknąć. Zawsze kończyło się to rozdartą koszulką. Obowiązkowym punktem każdej wyprawy było skakanie po blaszanym dachu wiaty. Gdy znudziliśmy się robieniem hałasu, próbowaliśmy przeciągnąć wał do wyrównywania boiska. Na końcu zmagań usiłowaliśmy wspiąć się na maszt. To ostatnie udało się wiele razy naszemu koledze S. – zgodnie twierdziliśmy, że to człowiek-małpa, bo wspinaczka po drzewach szła mu równie dobrze. W ogóle nie interesowały nas wtedy sportowe emocje. Najbardziej ekscytującym elementem była drewniana buda pełniąca rolę szatni. Na jej dach nikomu nie udało się wejść. S. był najbliżej z nas. Podczas próby przedostania się z drzewa na budynek, niespodziewanie ugięła się gałąź i życie S. stało się na jakiś czas mniej szalone, bo skończył z ręką w gipsie.
piątek, 27 września 2019
Hoek Van Holland, albo jak (nie) kupiłem Renault Twingo
Jest zimowy poranek, siedzę skulony w Mazdzie 323 pożyczonej od kumpla. Na zewnątrz wieje jak jasna cholera. Na szczęście szyby są szczelne, ale paliwa jest tak mało, że na wszelki wypadek nie marnuję go na ogrzewanie.
Mazda nie jest moja. Pożyczyłem ją na kilka godzin od kumpla, który zostawił ją w Holandii, bo musiał pojechać na pogrzeb ojca. Nie chciałem nią jeździć nigdzie daleko, nie tylko dlatego, że nie stać mnie było na paliwo, ale także dlatego, że nie miała hamulców.
Mazda nie jest moja. Pożyczyłem ją na kilka godzin od kumpla, który zostawił ją w Holandii, bo musiał pojechać na pogrzeb ojca. Nie chciałem nią jeździć nigdzie daleko, nie tylko dlatego, że nie stać mnie było na paliwo, ale także dlatego, że nie miała hamulców.
wtorek, 17 września 2019
Drezno - pamięć przeszłości
Całą drogę z Wrocławia do Drezna słuchałem Marzi Gaggioli i myślałem tylko o tym, że gdy wysiądziemy, zrobię sobie zdjęcie, na którym będę wyglądać jak Paul Theroux. Kilka dni wcześniej zobaczyłem jego starą fotę i zapragnąłem mieć podobną. Jak tylko stanęliśmy na peronie, rozpoczęliśmy sesję à la Theroux. Nie spieszyło nam się na tramwaj ani do hotelu. Trzeba było profesjonalnie podejść do zdjęcia „na idola”.
Po udanej, aczkolwiek lekko nerwowej sesji, podczas której ja próbowałem wyglądać jak rasowy podróżnik, a A. robić zdjęcia jak rasowy fotograf, ruszyliśmy do hotelu. Podróż do Drezna minęła nam na tyle przyjemnie i wygodnie, że nie czuliśmy dużego zmęczenia. Szybko zrzuciliśmy bagaże do pokoju i wyszliśmy na poszukiwanie przygód i jedzenia.
środa, 31 lipca 2019
Ukraina. Przez Siódmy Kilometr na koniec świata
Ukraina też ma koniec swojego buta,
tak jak koniec buta mają Włochy. W podeszwie włoskiego buta, na
głębokim południu, leży Tarent, dawniej potężna baza włoskiej
marynarki wojennej. W podeszwie ukraińskiego trzewika leży zaś ze
swojska brzmiące Wilkowo, które jest portem dla niezliczonej liczby
drewnianych łajb, którymi mieszkańcy wyruszają na poranne połowy
na Dunaju, a w niedziele tych samych używają po to, by dopłynąć
na nabożeństwo do cerkwi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

