wtorek, 7 stycznia 2020

Jak zderzyłem się z pędzącym psem, czyli zima pod słowackimi Tatrami


Szliśmy ulicami Spiskiej Soboty mocno po zmroku. Pod naszymi stopami skrzypiał dawno niewidziany w Polsce śnieg, termometr wskazywał minus pięć. W alei prowadzącej do centrum miasteczka, które kiedyś znaczyło o wiele więcej niż Poprad, którego teraz było częścią, tuż przy starym cmentarzu, czaiło się zło.

Zło, miało postać psa rasy Border Collie i biegło za piłeczką ciśniętą z takiej specjalnej psiej wyrzutni (na allegro nazywa to „miotaczem piłek dla psa”), pędząc z prędkością torpedy. W swojej głupocie pomyślałem, że zatrzymam piłeczkę nogą, bo się piesek zmęczy goniąc za nią dalej.

Piesek zaś bardziej skoncentrowany był na przedmiocie i zdecydował się wejść wślizgiem pomiędzy moje niepewne kostki. Naprawdę nie wiedziałem, że Border Collie, może zwalić człowieka na oblodzony chodnik. Więc już wiem. Potrafi.

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Bratysławskie epizody smutku i pustki

Bratysława o siódmej rano, ostatniego dnia października, była szara i naga. W oddali wyłaniał się Most Słowackiego Powstania Narodowego. Staliśmy z Michałem parę minut i gapiliśmy się na UFO, od czasu do czasu pociągając z butelki. Nic nie trwa wiecznie. Poszliśmy nad Dunaj, rzekę rzek.



piątek, 1 listopada 2019

Opowieść z planety prowincja

Już dawno zamknęli ostatni monopolowy na osiedlu, dlatego z ławeczki przenieśli się do podziemia. Giną, spijając ostatnie łyki wódki w otchłani piwnicznych zakamarków. Dla pragnienia nie ma taryfy ulgowej. Trzeba robić zapasy, których nigdy nie wystarcza nawet na jedno niedzielne popołudnie. Przygarbieni ukrywają się za winklem codzienności. Szepczą sobie nawzajem czułości o nadchodzącym kacu wiedząc, że litości nie będzie. Jak co wieczór świat zawiruje na smutno, a gwiazdy znikną za chmurami. Już niebawem ukołysze ich noc i poprowadzi wprost w pijane objęcia Morfeusza. Dawno wydeptane ścieżki znają nawyki swoich twórców. Niejeden upadek człowieka chowają okoliczne krzaki. Czuć jeszcze w powietrzu ostatnie podrygi młodości. Jakby to było wczoraj.

wtorek, 29 października 2019

I hate Brno

Pierwszy raz do Czech udaliśmy się z A. we wrześniu 2012 roku. Celowaliśmy wówczas w Pragę, ale środki finansowe dały nam do zrozumienia, że jeszcze nie czas na europejską elitę miast. Naszą destynacją stało się więc Brno, stolica Moraw. 

brno panorama miasto love peace trains

piątek, 25 października 2019

W poszukiwaniu niestłuczonej szyby. Podróż pociągiem przez Albanię

Po pierwszej godzinie byłem zafascynowany podróżą. Jak 3-latek, który pierwszy raz widzi pociąg. Druga godzina ciągle jeszcze nie była zła, w końcu realizowałem swoje marzenie. Trzecia godzina w zdemolowanym wagonie, to już było trochę za dużo, zwłaszcza, że z krajobrazu zniknęły góry, a zamiast nich pojawiły się góry śmieci i resztki fabryk, okradzionych ze wszystkiego, co zawierało metal. Gdy mijała czwarta skończyła się nam zabrana na okoliczność podróży butelka białego wina i zjedliśmy już wszystkie serbskie paluszki Kiri Kiri, radość zmieniła się we frustrację i smutną refleksję nad syfem, który nas otaczał. W gratisie dostaliśmy jeszcze kwadrans, bo pociąg się, a jakże, spóźnił.



wtorek, 22 października 2019

Something like Barcelona

Należy zacząć od tego, że stadion już nie poraża swoją wielkością i dostojnością, jak w dzieciństwie. Był areną zmagań lokalnej drużyny piłkarskiej i uczestników festynów gminnych, ale my łaziliśmy tam wbrew woli rodziców tylko, gdy przestrzeń świeciła pustką. Najpierw przeciskaliśmy się przez wykop pod ogrodzeniem i za każdym razem któryś z nas musiał tam utknąć. Zawsze kończyło się to rozdartą koszulką. Obowiązkowym punktem każdej wyprawy było skakanie po blaszanym dachu wiaty. Gdy znudziliśmy się robieniem hałasu, próbowaliśmy przeciągnąć wał do wyrównywania boiska. Na końcu zmagań usiłowaliśmy wspiąć się na maszt. To ostatnie udało się wiele razy naszemu koledze S. – zgodnie twierdziliśmy, że to człowiek-małpa, bo wspinaczka po drzewach szła mu równie dobrze. W ogóle nie interesowały nas wtedy sportowe emocje. Najbardziej ekscytującym elementem była drewniana buda pełniąca rolę szatni. Na jej dach nikomu nie udało się wejść. S. był najbliżej z nas. Podczas próby przedostania się z drzewa na budynek, niespodziewanie ugięła się gałąź i życie S. stało się na jakiś czas mniej szalone, bo skończył z ręką w gipsie.

piątek, 27 września 2019

Hoek Van Holland, albo jak (nie) kupiłem Renault Twingo

Jest zimowy poranek, siedzę skulony w Mazdzie 323 pożyczonej od kumpla. Na zewnątrz wieje jak jasna cholera. Na szczęście szyby są szczelne, ale paliwa jest tak mało, że na wszelki wypadek nie marnuję go na ogrzewanie.

Mazda nie jest moja. Pożyczyłem ją na kilka godzin od kumpla, który zostawił ją w Holandii, bo musiał pojechać na pogrzeb ojca. Nie chciałem nią jeździć nigdzie daleko, nie tylko dlatego, że nie stać mnie było na paliwo, ale także dlatego, że nie miała hamulców.