piątek, 10 kwietnia 2020

Gwiazdki


Należy zacząć od tego, że na imię mam Adam i jeszcze wszystkie żebra są dostępne, ale momentami jednego mi brakuje. Dzieje się tak, gdy nieopatrznie grzebię w pamięci. I wyłażą wtedy różne historie mniej lub bardziej wyraźne. Zazwyczaj strzępami czegoś one są albo smakują, jak pierwsze łyki dobrego, treściwego czerwonego wina po dłuższej przerwie. Salut!

***
Wydostać się ze wsi można było tylko podmiejską linią nr 11 oraz autostopem. Co prawda jeździł jeszcze PKS i Nord Express, ale bilety były bardzo drogie, jak dla nas. Poza tym kursowało to o bardzo dziwnych godzinach, z których nikt z nas wtedy nie korzystał. Zaoszczędzone na transporcie pieniądze można było przeznaczyć na papierosy na sztuki i piwo za trzy złote w śmierdzącym piwnicą barze. Oczekiwania smakowe i wkład finansowy mieliśmy wówczas niewielkie, właściwie równe zeru. Miało szybko klepać. Mimo to bawiliśmy się świetnie, ale tylko do 21:37, bo o tej porze odjeżdżała ostatnia jedenastka ze Słupska.

wtorek, 31 marca 2020

Wróciłem do lat dziewięćdziesiątych. Podróż bez celu przez wschodnią Słowację


O poranku na dworcu kolejowym w Nowym Sączu orkiestra zagrała Bella Ciao. Pisowski marszałek województwa, przy dźwiękach piosenki włoskich antyfaszystów, podnieconym głosem mówił dziennikarzom o tym jak bardzo chciałby zobaczyć w Małopolsce nowoczesne lokomotywy, które były tłem dla tego spektaklu.

Wieczorem, przed dworcem w Koszycach, umierał leżący na wznak Cygan, którego reanimowali słowaccy medycy. Jedną historię od drugiej dzieli 140 kilometrów i niewiele ponad dwie godziny jazdy autobusem. Pociągu między miastami nie ma.

niedziela, 22 marca 2020

Podróż na Wschód zaplanowałem wczoraj. Ze Słupska do Gdańska we mgle pociągiem.


Ta podróż rozpoczyna się gdzieś o 6 rano na dworcu kolejowym w Słupsku. Jest, powiedzmy, rok 2011. Albo 2012.

***

Dworzec w Słupsku o tej porze nikomu nie daje wytchnienia. Opary moczu i innych ekskrementów mieszały się, tworząc trudną do zniesienia, podawaną z obrzydzeniem, kartę wizytową. Bezdomni wrośli w te posadzki, dosłownie i w przenośni. To taki teatr.

Olbrzymia jak na skalę miasta budowla, chyba z 10 kas, olbrzymi hol na setki osób, oddany do użytku akurat wtedy gdy zaczął się exodus.

piątek, 20 marca 2020

Lęk i odraza w Belgradzie

Na stacji Belgrad Topčider wysiedliśmy chwilę po szóstej rano. Mocno wykończeni poprzednim dniem niechętnie ruszyliśmy do centrum miasta. Było chłodno, a odległość do pokonania wydawała się nieskończona. Po dłuższej chwili tułaczki wzdłuż tramwajowych torów postanowiliśmy podjechać wiekową Tatrą. 

Była to bodajże linia numer 3. Wsiedliśmy i chęć posiadania biletu została wyeliminowana przez skomplikowany system zakupu. Okazało się bowiem, że czytnik przyjmuje tylko płatności zbliżeniowe i nie obsługuje wszystkich kart, a po dokonanej transakcji, przez okres trwania ważności biletu, nie można dokupić drugiego. 

wtorek, 7 stycznia 2020

Jak zderzyłem się z pędzącym psem, czyli zima pod słowackimi Tatrami


Szliśmy ulicami Spiskiej Soboty mocno po zmroku. Pod naszymi stopami skrzypiał dawno niewidziany w Polsce śnieg, termometr wskazywał minus pięć. W alei prowadzącej do centrum miasteczka, które kiedyś znaczyło o wiele więcej niż Poprad, którego teraz było częścią, tuż przy starym cmentarzu, czaiło się zło.

Zło, miało postać psa rasy Border Collie i biegło za piłeczką ciśniętą z takiej specjalnej psiej wyrzutni (na allegro nazywa to „miotaczem piłek dla psa”), pędząc z prędkością torpedy. W swojej głupocie pomyślałem, że zatrzymam piłeczkę nogą, bo się piesek zmęczy goniąc za nią dalej.

Piesek zaś bardziej skoncentrowany był na przedmiocie i zdecydował się wejść wślizgiem pomiędzy moje niepewne kostki. Naprawdę nie wiedziałem, że Border Collie, może zwalić człowieka na oblodzony chodnik. Więc już wiem. Potrafi.

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Bratysławskie epizody smutku i pustki

Bratysława o siódmej rano, ostatniego dnia października, była szara i naga. W oddali wyłaniał się Most Słowackiego Powstania Narodowego. Staliśmy z Michałem parę minut i gapiliśmy się na UFO, od czasu do czasu pociągając z butelki. Nic nie trwa wiecznie. Poszliśmy nad Dunaj, rzekę rzek.



piątek, 1 listopada 2019

Opowieść z planety prowincja

Już dawno zamknęli ostatni monopolowy na osiedlu, dlatego z ławeczki przenieśli się do podziemia. Giną, spijając ostatnie łyki wódki w otchłani piwnicznych zakamarków. Dla pragnienia nie ma taryfy ulgowej. Trzeba robić zapasy, których nigdy nie wystarcza nawet na jedno niedzielne popołudnie. Przygarbieni ukrywają się za winklem codzienności. Szepczą sobie nawzajem czułości o nadchodzącym kacu wiedząc, że litości nie będzie. Jak co wieczór świat zawiruje na smutno, a gwiazdy znikną za chmurami. Już niebawem ukołysze ich noc i poprowadzi wprost w pijane objęcia Morfeusza. Dawno wydeptane ścieżki znają nawyki swoich twórców. Niejeden upadek człowieka chowają okoliczne krzaki. Czuć jeszcze w powietrzu ostatnie podrygi młodości. Jakby to było wczoraj.