Autobus z Krakowa do Rytra jechał już
trzecią godzinę i dojechać nie mógł. Choć powinien. Obok mnie
siedział spocony góral z torbą twarogu, przede mną, trzymając się poręczy, chwiała się
gibka studentka opowiadająca z przejęciem o swojej podróży po
Rosji. Mieszała się przyjemnie lokalność z wielkim światem.
Za oknem
starego autobusu, którego nie chcieli już Francuzi, słońce
czasami wychodziło zza chmur i odbijało się od dachów samochodów
stojących przed nami w korku między Tęgoborzem a Kurowem. Było
przyjemnie do momentu, kiedy organoleptycznie stwierdziłem, że
pokładowa ubikacją to po prostu składowisko rupieci i rzeczy
własnych kierowcy.