poniedziałek, 7 grudnia 2020

Kościół, w którym potrafię się modlić

Był początek września. Po nocy przespanej na niemiecko-duńskiej granicy w drewnianym schronie, wsiadłem na rower i ruszyłem dalej w kierunku Kopenhagi. Przede mną było 350 kilometrów. To był drugi dzień walki z wiatrem. Setny kilometr.

***

Prognozy mówiły inaczej. Wiatru nie miałem dostawać w pysk, słońce miało świecić raczej umiarkowanie. Tym razem w Danii wiało jednak od wschodu na zachód. A ja jechałem z zachodu na wschód.

Ja i rower. Obciążony ważącymi 25 kilogramów sakwami, poruszaliśmy się do przodu tylko wtedy, kiedy mózg znajdował tyle motywacji, by kolekcjonować kolejne kilometry. Przez XVI wieczne duńskie miasteczka, przez pole bitwy pod Dybol, gdzie Duńczycy w 1864 roku zebrali ostry wpierdol po raz ostatni w swojej historii. Przez wyspę Ærø, z której wyjechali ostatni duńscy turyści, ale przez pomyłkę wbiły tam dostawczakiem naćpane polskie dresy. 

Załoga ultranowoczesnej jednostki pokpiła sprawdzenie tego dokąd jedzie. Bo przecież jest napisane, bo każdy umie czytać, bo Duńczycy po wioskach sprzedają płody swoich pól w maleńkich wiatach i wystawiają puszkę, której nikt nie pilnuje i nikt tej kasy nie kradnie. Zaufanie.

Po dopłynięciu na Ærø Husarzom jakby pióra od stelaża odcięło. Normalnie mogliby zareagować agresją, ale ta ni chuja by tu nie pomogła. Byli w końcu na wyspie. Jak Robinson. Dlatego zalegli w piątkę obok transita, czy co to tam było i naradzali się. Dość szybko skierowali swe nogi z powrotem na prom, by tym razem żebrać o pomoc.

- Łer

- Is Plejs

- Łi Łont 

- Not hir.

- Hau go (I tu mapa google na smartfonie).

Po chwili osłupienie i cisza stadna, bo to ostatni prom na Ærø. Powrotnego brak. Odpowiedzi załogi promu mogę się domyślać, ale pewnie brzmiała mniej więcej tak: „no chłopaki, dzisiaj nic tu nie ogarniecie, radzę się rozejrzeć za noclegiem”. I, że „prom z powrotem to będzie rano”. 

Widziałem te nerwowe ruchy Polaków, wykonywane jak zwykle wtedy, gdy tężyzna fizyczna w niczym nie pomaga, a mózg okazuje się zbyt marnym sprzymierzeńcem. A dalej to już nie wiem co było, bo nie chadzam do ZOO, zwłaszcza za granicą. Skąd się wzięli w bluzach z wyklętymi? Jak trafili z husarią na t-shirtach? Co zrobili później? Ich Bóg jeden raczy wiedzieć.


***

Czwarty dzień wiatru w mordę to byłaby już jednak przesada – pomyślałem sobie i zanotowałem tę myśl, tak jak teraz notuję ją dla Was. 

Obudziłem się o poranku pod odwróconą do góry nogami łodzią rybacką i chciałem, żeby było łatwiej. W nocy nie dawały mi spać mewy, które raz po raz ciężko stąpały po łodzi. Bałtyk był zaledwie 10 metrów ode mnie, wiatr muskał trzciny, które cicho syczały. Zebrałem wysuszone szmaty i ruszyłem do Faxe, znanego z tego, że sprzedało recepturę na dobre piwo słupskiemu i koszalińskiemu browarowi, ale i tak gówno z tego wyszło i możemy podziwiać dziś ruiny. Nie duńskiego browaru oczywiście.



Wiatr wiał tym razem w plecy, dając odpocząć zmęczonemu pokonywaniem kolejnych kilometrów mózgowi. Sześćdziesiąty kilometr tego dnia znaczyła miejscowość Rødvig. Wjechałem tu przypadkiem i zobaczyłem jedną z piękniejszych czynnych stacji kolejowych na kontynencie. Do sennej miejscowości, co pół godziny dojeżdżały pociągi. Stawały 50 metrów od brzegu Bałtyku. 

Gdybym mieszkał w pobliżu, przyjeżdżałbym codziennie na ławkę tuż przy samej stacji z widokiem na morze. Gapiłbym się na przeważnie spokojną w tym miejscu taflę wody, patrzył jak dzieciaki spychają się z pomostu, w ramach zajęć z zimnego chowu na wufie. Czasami dałbym się osrać mewie czy rybitwie, poddając się naturze. Zostawiałbym rower i nie zapinał go wcale, tak jak robią miejscowi. Od czasu do czasu na skoszonej trawie czytałbym książkę, albo pił piwo. Zapaliłbym jointa.

***

Zaledwie kilka kilometrów dalej była miejscowość Højerup. Był czwartek i popołudniu i niemal nikogo wokół choć są tu jedne z najpiękniejszych klifów w Danii. Para Niemców kręciła się po ścieżkach, gdzieś tam przez chwilę, niepewnym krokiem spacerowała po okolicy sześcioosobowa arabska rodzina. Klify robiły duże wrażenie i pewnie z tego tytułu zostały wpisane na listę Unesco.

Mniej więcej w połowie długości nadmorskiego pasa urwanej ziemi stał kościół. 16 marca 1928 roku morze zbliżyło się niebezpiecznie blisko świątyni, która w ciągu ostatnich lat traciła całkowicie dystans do morza i kpiła z niego zbyt głośno. Trzech rybaków zobaczyło, jak do wody wpada najpierw najbardziej wysunięty fragment klifu, później drzewa, a później z hukiem 40 metrów niżej ląduje fragment kościoła. Nie brakowało opinii, że to kara boska. Co rozsądniejsi wiedzieli, że to morze chce zabrać co jego. I jedni i drudzy chcieli zobaczyć przełamany w pół kościół na własne oczy. W pierwszą niedziele po katastrofie Højerup odwiedziło około 20 tysięcy osób. Nikt nie zginął, bo kościół już od 1910 roku, w obawie przed katastrofą, został zamknięty.

Wewnątrz kościoła czas urwał się dosłownie. Wymalowane kredą na tablicach cytaty z Pisma, posadzka uginająca się pod ciężarem tysięcy butów, które ją deptały przez 400 lat.Nie było ołtarza, bo ten zwalił się do Bałtyku. 

Wyglądało to tak, jakby bezimienny stwórca postanowił zabrać ludziom wszelką nadzieję, skazując ich na widok morza. Zamiast ołtarza pełnego świecidełek, krucyfiksu, zamiast długiego stołu i księdza, zamiast tego wszystkiego w co chcielibyśmy wierzyć, ale sami podejrzewamy siebie o przesadę, lub wręcz oszustwo, był bezkres morza. „Fizyczny obraz czasu, który nigdzie się nie zaczyna i nie kończy”.

Kościół został zabezpieczony. Można usiąść w ławkach i modlić się do przestrzeni, albo czytać znaki ze zmieniającej się pogody, z fal albo z jaskółek, przecinających jak pociski niewielką przestrzeń do obserwacji na zewnątrz. Pusta ambona z której nikt nie przemawia. Kilka napisów po duńsku wzywających do ufności w Panu, który raz na zawsze opuścił to miejsce. A może nigdy go tu nie było.

Przywarłem do jednej z ławek. W kościele nie było nikogo, choć bardzo chciałem wierzyć, że gdzieś tam, w tym morzu, które łączy się z niebem, jest jakiś absolut. Tak byłoby najłatwiej. Nie było.



Chciałem wiedzieć, nie wierzyć, że kiedy sam wysłałem Cię do szpitala karetką pogotowia, to wcale nie staliśmy się wszyscy przegrani. Potrzebowałem pewności, że gdzieś jesteś, pomimo tego, że napis „tata” w telefonie to już tylko cztery litery niewypełnione sygnałem.

- A teraz zostaliście sami. Zostało Wam gapienie się na to co pewne. I co przetrwa was i wasze dzieci – krzyczał kościół w Højerup ustami dowolnego boga.

Patrzyłem na cienki pasek znaczący spotkanie morza z niebem Højerup, mogłem do woli modlić się do wszystkich wymyślonych przez ludzi bogów, od Chrystusa, do Allaha, do kogo tam jeszcze. Tak. Mówiłeś przecież, że to wszystko wymysł ludzi.

Przynajmniej mam pewność, że byłeś.

Tato.




sobota, 25 lipca 2020

Kosowo. Spokój w cieniu Gór Przeklętych


Zanim metalowe cielsko różowego Airbusa wypluło nas na płycie lotniska w Prisztinie, oglądałem przestrzeń przez mikroskopijne okienko przy siedzeniu 18A. 

Szare, niezwykle wysokie wierzchołki Gór Przeklętych, nasuwały się na siebie i było ich nieskończenie wiele. Surowość i dzikość tych gór robiła wielkie wrażenie nawet (zwłaszcza?) z powietrza.

Słońce, na bezchmurnym niebie, świeciło od południa w taki sposób, że widziałem przesuwający się po dwutysięcznikach cień odrzutowca. Cień wysokozaawansowanej technologii w przestrzeni, w której jeszcze kilka lat wcześniej, górale dla własnego bezpieczeństwa nie rozstawali się kałasznikowami. A podstawą gospodarki był wypas owiec, produkcja sera i mleka i przemyt broni.

***

Lotnisko w Prisztinie szokowało.„The main airport of Kosovo”.

To była góra aluminium i szkła. Jakby przygotowano je zawczasu na olimpiadę, albo chociaż na jakieś paneuropejskie mistrzostwa. W czym? Nie mam pojęcia.

Bo jak tu rozegrać taki na przykład mecz z Serbią czy Rosją, która wciąż ma problem z uznaniem niezależności Kosowa? I najchętniej zrobiłaby z tym lotniskiem to, co zrobiła z lotniskiem w ukraińskim Donbasie w dwa lata po tym jak skończyło się Euro 2012. Czyli zrównana je z ziemią.

Na razie jednak wszystko błyszczało, gotowe na przyjęcie tych kilkunastu lotów dziennie.

***

Z lotniska do odległej o 15 kilometrów stolicy podobno jeździł jakiś autobus. Ale nie byliśmy pewni, czy chcemy do Prisztiny i nie byliśmy pewni czy chcemy tam dotrzeć autobusem. 

Na wyciągnięty w proszalnym geście kciuk zareagował po pięciu sekundach i 20 setnych uśmiechnięty od ucha do ucha kierowca starego mercedesa. W środku swojsko pachniało fajkami i wytartą skórą, która przyjęła w siebie pot tysiąca ludzi wielu narodowości, których gościło to leciwe auto, zanim znalazło się na emeryturze w Kosowie.

50-latek mówił trochę w języku producenta auta, więc zdołałem dowiedzieć się, że z sześciorga rodzeństwa on jeden został w Kosowie. Reszta zaś rozjechała się do Niemiec, Szwajcarii, Włoch, a wszyscy mają co najmniej trójkę dzieci...

Szybko zorientowaliśmy się, że to bardzo popularny schemat w Kosowie. Każdy, kto tylko miał głowę na karku, uciekł stąd jak najdalej, utrzymując przy okazji rodziców za zarobione na zachodzie euro. Żeby nie komplikować życia za bardzo, tu także, jako obowiązującą walutę, wprowadzono euro.



Młodzi wracali tu jedynie na swoje własne śluby. Aby zrobić przyjemność pozostałej w kraju rodzinie i spotkać się z tymi, którym nie udało się wyjechać. 

Kilkanaście razy w roku półmartwe wioski, gdy wypożyczone mercedesy z przyciemnianymi szybami wypuszczały z siebie młode pary.

W gościńcach pośród pól, wynędzniałych krów i postrzelanych po ostatniej wojnie domów, na chwilę zapominano o rzeczywistości we wnętrzach pełnych gipsu, kolumn. Przy dźwiękach bałkanoidalnych umcyków.

***

Złapanie kolejnego stopa w drodze do Peje, ze składowiska mebli ogrodowych, zajęło nam chyba całe trzy minuty. Chciałbym napisać, że słońce prażyło skórę i że żar lał się z nieba, bo lubię tak pisać i tak rzeczywiście było, ale nie miało to większego znaczenia. 

Bo za chwilę siedzieliśmy w środku klimatyzowanego, terenowego auta, pełnego gratów. Jego kierowca miał 28 lat i wiele do powiedzenia. Dystans skracał jego doskonały angielski, o co w tej części Europy, raczej trudno.

Był żołnierzem utworzonej zaledwie kilka miesięcy wcześniej armii kosowskiej, złożonej z funkcjonariuszy miejscowych sił bezpieczeństwa i policji. Możliwość posiadania stałej pracy szybko stała się bardzo atrakcyjną opcją dla mężczyzn w jego wieku. Państwo nie dawało bowiem wiele więcej możliwości stabilnego zarobku. Teraz, terenówką wiózł do pralni kilkanaście olbrzymich worków z mundurami.

***

Czy bezpiecznie jest być żołnierzem w państwie, które nie przez wszystkie kraje jest uznawane, a sam fakt powołania armii Kosowa budzi międzynarodowe kontrowersje? 

„Bardzo bezpiecznie” – odpowiedział.

Ale raczej miał na myśli to, że może tu pracować i dostawać stałą pensję. No i legalnie mieć broń, chociaż posiadanie jej nielegalnie nie stanowiło tak do końca problemu. 

Pytał dokąd wybieramy się po spędzeniu zaplanowanych przez nas kilku dni w Kosowie. Odpowiedziałem, że do Albanii, a konkretnie do Szkodry. To po drugiej strony granicy, po drugiej stronie gór.

– Znam bardzo dobrze Szkodrę. Trafiłem tam, gdy miałem 8 czy 9 lat. Jako uchodźca. Tu nie dało się żyć. Wojna, mnóstwo trupów, wioski płonęły jedna po drugiej. Pamiętam wszystko – mówił. Opowiadał o konflikcie, który ja, jako nastolatek, oglądałem na szklanym ekranie w programach Waldemara Milewicza. Wówczas Kosowo wydawało mi się tak odległe jak Malediwy.

Pytałem o Serbów. I o to, czy jacyś jeszcze tu mieszkają. I o to też, czy ma wśród nich znajomych.

– Są. Żyjemy obok siebie. Ale nie mam między nimi przyjaciół. Widziałem za wiele – krótko podsumował. 

A mi przypomniały się relację Serbów, którzy to samo mówili o Albańczykach (lub, jak kto woli, o Kosowarach). Większość z nich opuściła Kosowo w konsekwencji wojny, z których Serbowie nie wyszli zwycięsko. Pomyślałem, że pamięć jest, tak na chujowy sposób, uniwersalna.

***

Facet był przemiły. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że to nie żadna kurtuazja i nie jednostkowy przypadek. Jeśli ktoś zabierał cię w Kosowie na stopa, to miałeś się czuć dobrze. Mogłeś więc palić z kierowcami ich fajki, byłeś zapraszany na kawę, albo chociaż na energetyka. Kosowarzy przypominali Ci czym jest gościnność i szacunek do drugiego człowieka. W tym konkretnym przypadku – do nas.

Zostawił nas przy stacji kolejowej w Peje. Po serbsku byłoby to miasto Peć, choć w tym języku, wbrew temu co mówił żołnierz, mówią tu już tylko prawosławne siostry z XII-wiecznego monastyru ochranianego przez policjantów z maszynową bronią.



***

Poszliśmy szukać mieszkania, które rezerwowaliśmy za jakieś naprawdę śmieszne pieniądze. W standardzie, który przerastał daleko nasze oczekiwania. Za rękę, przez podwórka, prowadzili nas miejscowi, dla których, bez wyjątku, byliśmy gośćmi.

Znaleźliśmy.

W domu nie było gospodarza, bo akurat brał ślub, więc chatę otworzyli nam jacyś ludzie z podwórka.

Następnego dnia rano gospodarz też się nie pojawił. „Zostawcie gdzieś pieniądze” – napisał tylko. Nie pozostało nic innego, jak złożyć mu życzenia, z okazji wkroczenia w nowy etap życia, za pośrednictwem smsa.



W mieście otoczonym gigantycznymi górami mijaliśmy kebabczarnie, sklepiki z tysiącami gatunków orzechów w polewie i bez niej, liczne kawiarnie, od zapachu z których można było oszaleć. 

W środku miasta jak UFO sterczał arcyciekawy brutalistycznym budyn, który sprawiła Kosowu, bardzo niegdysiejsza, Jugosławia. 

Niedaleko, w nieco hipsterskiej knajpie, w której przesiadywali dawniej żołnierze sił pokojowych KFOR, makarony były chyba lepsze niż we Włoszech, a wino nieprzyzwoicie tanie.



Na niewielkim, ogrodzonym płotem boisku, odbywał się więc wyborczy jednej z partii. Za 7 dni miały odbyć się w Kosowie wybory parlamentarne. Ludzie byli wyraźnie zainteresowani wydarzeniem i aktywnie brali w nim udział. Mnie tez próbowano zachęcić sprawą, ale szybko wyszło, że nie znam albańskiego.

Momentalnie znalazły się obok mnie dziewczyny, które postanowiły wytłumaczyć mi z pomocą google translatora, o co w tym wszystkim chodzi.

A ten wypluwał mi po angielsku kogo dziś mogę tu zobaczyć. Czy mogę wnieść aparat? "Tak!" Czy wiedzą, że jestem dziennikarzem? "Zapraszamy, przyjdź i posłuchaj o tym jak zmieni się Kosowo z naszym nowym premierem" – wyświetliły na ekranie Iphona. Jedynie chwilę patrzyłem na ten spektakl, niewiele, poza entuzjazmem gawiedzi, z niego rozumiejąc.

***

Wolałem jeszcze raz przejść przez senną pod wieczór czarsziję, gdzie nieliczni mężczyźni, bez swoich żon, palili shishę albo tanie fajki i zajadali baraninę. 

Chciałem posiedzieć na dworcu wśród setek plastikowych jednorazówek, puszek, resztek gazet, łupin słonecznika rozścielonych jak dywany i spleśniałych owoców porozrzucanych między podkładami. Wśród dzieciaków, które nie chciały ode mnie nic więcej, poza zbiciem piątki.  

Słońce grzało zbocza Gór Przeklętych swoimi ostatnimi tego dnia, pomarańczowymi promieniami. W mieście cichła wyborcza wrzawa. Na peron wtoczył się jeden z dwóch pociągów uruchamianych między stolicą kraju a Peje.

Wagony pamiętały służbę pomiędzy Monachium a miasteczkiem Platting tuż przy granicy z Czechami, które słynie z tego, że jest tam Muzeum Świętego Jana Nepomucena, do którego katolicy uciekają się na wypadek powodzi (to wyczytałem w google). Kolejarze cieszyli się, że robię zdjęcia ich pociągom.



Po raz ostatni tego dnia muezini jednocześnie z kilku minaretów wezwali na modlitwę. W tanim winie Bodrumi i Vjeter („Stara Piwnica”) po raz kolejny korek pękł na pół, krusząc się do wewnątrz butelki. Niewiele to zmieniło, bo i tak było one podłe.

Pasterze sprowadzali z góry tysiące owiec blokując kompletnie ruch aut w mieście. Razem z owcami do miasta o zmroku zszedł ciepły wiatr.

Następnego dnia miałem zobaczyć Prizren i zakochać się w nim bez pamięci. Może Wam kiedyś o tym opowiem. Na razie jeszcze nie umiem. Pokażę Wam tylko zdjęcie.



Jeśli dotrwałeś/dotrwałaś do końca, lubisz Bałkany, a może po prostu podoba Ci się to co piszemy, to być może spodoba Cię także opowiadanie "Wposzukiwaniu niestłuczonej szyby. Podróż pociągiem przez Albanię". Zapraszamy do lektury! 

czwartek, 4 czerwca 2020

Linie północne

Pomorskie szlaki kolejowe nigdy nie były zbyt gościnne. Można było na nich poczuć chłód pędzącego od morza wiatru, który przeszywał na wskroś i często potrafił zasiać niepokój, gdy wdzierał się nagle przez otwarte drzwi w składzie pociągu. Jakby coś złego miało się za chwilę wydarzyć. 

Wystarczył jeden wdech i od razu było czuć, że jesteś w EN57. Charakterystyczny zapach tej jednostki był chyba gratisem z lat 70. zakorzenionym na wieki. Nawet najdroższa modernizacja nie zdołała zabić tego nieśmiertelnego zapachu kibla zmieszanego z wonią podkładów kolejowych. Może to właśnie jest przyczyną mojej odwiecznej niechęci do Szybkiej Kolei Miejskiej. Żeby dotrzeć do Trójmiasta, wolałem dopłacić do pośpiesznego niż telepać się tym złomem. Co ciekawe jazda EN57 w barwach innej spółki w ogóle mi nie przeszkadzała. 

piątek, 10 kwietnia 2020

Gwiazdki


Należy zacząć od tego, że na imię mam Adam i jeszcze wszystkie żebra są dostępne, ale momentami jednego mi brakuje. Dzieje się tak, gdy nieopatrznie grzebię w pamięci. I wyłażą wtedy różne historie mniej lub bardziej wyraźne. Zazwyczaj strzępami czegoś one są albo smakują, jak pierwsze łyki dobrego, treściwego czerwonego wina po dłuższej przerwie. Salut!

***
Wydostać się ze wsi można było tylko podmiejską linią nr 11 oraz autostopem. Co prawda jeździł jeszcze PKS i Nord Express, ale bilety były bardzo drogie, jak dla nas. Poza tym kursowało to o bardzo dziwnych godzinach, z których nikt z nas wtedy nie korzystał. Zaoszczędzone na transporcie pieniądze można było przeznaczyć na papierosy na sztuki i piwo za trzy złote w śmierdzącym piwnicą barze. Oczekiwania smakowe i wkład finansowy mieliśmy wówczas niewielkie, właściwie równe zeru. Miało szybko klepać. Mimo to bawiliśmy się świetnie, ale tylko do 21:37, bo o tej porze odjeżdżała ostatnia jedenastka ze Słupska.

wtorek, 31 marca 2020

Wróciłem do lat dziewięćdziesiątych. Podróż bez celu przez wschodnią Słowację


O poranku na dworcu kolejowym w Nowym Sączu orkiestra zagrała Bella Ciao. Pisowski marszałek województwa, przy dźwiękach piosenki włoskich antyfaszystów, podnieconym głosem mówił dziennikarzom o tym jak bardzo chciałby zobaczyć w Małopolsce nowoczesne lokomotywy, które były tłem dla tego spektaklu.

Wieczorem, przed dworcem w Koszycach, umierał leżący na wznak Cygan, którego reanimowali słowaccy medycy. Jedną historię od drugiej dzieli 140 kilometrów i niewiele ponad dwie godziny jazdy autobusem. Pociągu między miastami nie ma.

niedziela, 22 marca 2020

Podróż na Wschód zaplanowałem wczoraj. Ze Słupska do Gdańska we mgle pociągiem.


Ta podróż rozpoczyna się gdzieś o 6 rano na dworcu kolejowym w Słupsku. Jest, powiedzmy, rok 2011. Albo 2012.

***

Dworzec w Słupsku o tej porze nikomu nie daje wytchnienia. Opary moczu i innych ekskrementów mieszały się, tworząc trudną do zniesienia, podawaną z obrzydzeniem, kartę wizytową. Bezdomni wrośli w te posadzki, dosłownie i w przenośni. To taki teatr.

Olbrzymia jak na skalę miasta budowla, chyba z 10 kas, olbrzymi hol na setki osób, oddany do użytku akurat wtedy gdy zaczął się exodus.

piątek, 20 marca 2020

Lęk i odraza w Belgradzie

Na stacji Belgrad Topčider wysiedliśmy chwilę po szóstej rano. Mocno wykończeni poprzednim dniem niechętnie ruszyliśmy do centrum miasta. Było chłodno, a odległość do pokonania wydawała się nieskończona. Po dłuższej chwili tułaczki wzdłuż tramwajowych torów postanowiliśmy podjechać wiekową Tatrą. 

Była to bodajże linia numer 3. Wsiedliśmy i chęć posiadania biletu została wyeliminowana przez skomplikowany system zakupu. Okazało się bowiem, że czytnik przyjmuje tylko płatności zbliżeniowe i nie obsługuje wszystkich kart, a po dokonanej transakcji, przez okres trwania ważności biletu, nie można dokupić drugiego. 

wtorek, 7 stycznia 2020

Jak zderzyłem się z pędzącym psem, czyli zima pod słowackimi Tatrami


Szliśmy ulicami Spiskiej Soboty mocno po zmroku. Pod naszymi stopami skrzypiał dawno niewidziany w Polsce śnieg, termometr wskazywał minus pięć. W alei prowadzącej do centrum miasteczka, które kiedyś znaczyło o wiele więcej niż Poprad, którego teraz było częścią, tuż przy starym cmentarzu, czaiło się zło.

Zło, miało postać psa rasy Border Collie i biegło za piłeczką ciśniętą z takiej specjalnej psiej wyrzutni (na allegro nazywa to „miotaczem piłek dla psa”), pędząc z prędkością torpedy. W swojej głupocie pomyślałem, że zatrzymam piłeczkę nogą, bo się piesek zmęczy goniąc za nią dalej.

Piesek zaś bardziej skoncentrowany był na przedmiocie i zdecydował się wejść wślizgiem pomiędzy moje niepewne kostki. Naprawdę nie wiedziałem, że Border Collie, może zwalić człowieka na oblodzony chodnik. Więc już wiem. Potrafi.