Nie pamiętam co o Bolodze pisał przewodnik, bo dawno go zgubiłem. Ale wtedy na pewno go jeszcze miałem. Kilogramowe tomiszcze z „Bezdroży”, niby podręczne, musiało dać jakąś wskazówkę, że warto tam pojechać. Ale istnieje też taka możliwość, że ze zmęczenia pomyliliśmy stacje.
wtorek, 16 marca 2021
wtorek, 2 lutego 2021
Jezdnia ucieka przez dziurę w podłodze. Z przemytnikami do Rumunii
Trzy wagony spokojnie pamiętające czasy Chruszczowa i olbrzymia, dieslowska lokomotywa. Tak wyglądał pociąg, którym mieliśmy dotrzeć z Czerniowców w pobliże ukraińsko-rumuńskiego przejścia granicznego Siret-Badul. W osobówce panował swojski syf, jechaliśmy może 30 kilometrów na godzinę, drewniane ławki odkształcały nasze kręgosłupy trzeszcząc niemiłosiernie.
Okna otworzyć nie sposób, pot lal się strumieniami z pasażerów obserwujących rozpad niegdyś zadbanych bukowińskich wsi. Było ich niewielu, więc konduktor nie miał wiele pracy, nie zarobił też na łapówkach, które przyjmował nie wydając w zamian biletów. Stare kobiety wiozły na rynek kury, jajka, trochę warzyw i młode świnie poupychane w jutowych workach. Bilet kosztował równowartość dwóch piw.
Przed końcową stacją żołądek wypchany po brzegi słonym, białym serem i moskiewską kiełbasą zaczął dopominać się o swoje. Ścigając się z czasem, mocno zatrzasnąłem za sobą drzwi wagonowej toalety. Przestałem zmagać się z naturą dokładnie w momencie, kiedy gwałtowne szarpnięcie i pisk hamulców uświadomił mi, że dotarliśmy do celu.
Zacząłem walkę z drzwiami, które mimo wielokrotnych szarpnięć, nie chciały się otworzyć. Wiedziałem, że jeszcze chwila niezdecydowania, a pociąg pojedzie dalej, ze mną w kiblu. Oddalając się znacznie od granicy. Zaparłem się o pobielone białą farbą okno i z całej siły kopnąłem w oporną materię. Wióry się posypały, drzwi drgnęły. Rozstąpiły się wrota sracza, jak Morze Czerwone, choć bliżej nam było do Czarnego.
Wzrok konduktora, który, jak się okazało, obserwował z zewnątrz obojętnie jak sobie poradzę, nie wyrażał niczego. Moje tłumaczenia, ze wcale nie chciałem, ze zwyczajnie się zacięły, nie były potrzebne. Facet ze zrozumieniem pokiwał głową i wskazując na powyginana w kilku miejscach framugę. Wyjaśnił, że nie ja pierwszy podjąłem walkę i pewnie nie ja ostatni.
***
Pogranicznicy na stacji zbijali bąki na taboretach. Nie mogli zrozumieć co robimy w tym miejscu. Spodziewałem się, że tekst “Kocham Ukrainę” może być kluczem do uproszczenia procedury, ale stało się inaczej. Po 10 minutach kontemplacji polskich paszportów i sprawdzeniu plecaków na okoliczność posiadania materiałów wybuchowych bądź skóry z węża, w końcu odzyskałem i odpowiedz na pytanie, w którą stronę iść w kierunku samochodowego przejścia granicznego. Zanim jeszcze zbliżyliśmy się do niego, nasze ścieżki przeciął Stiopa. Kowal, lat 55.
Stiopa zarabiał tyle, ze z trudem wiązał koniec z końcem. Miał taki babciny wyraz twarzy – uosobienie dobroci i alkoholowego zatracenia, był przeraźliwie chudy. Napiłem się z nim samogonu, który przyniósł ze swojej altanki, a potem postawiłem piwo, słuchając historii o tym, kto ile ukradł i kto kogo podpalił. Ani się obejrzałem, a ze Stiopą upłynęły dwie godziny.
Bardzo go kochałem. Po tym bimbrze kochałem wszystkich. Z szacunkiem podchodziłem do pograniczników, którzy jeszcze niedawno dla zabawy nas nękali, a spękany od słońca i przeciążonych ciężarówek asfalt był od zawsze swój.
***
Na stopa złapaliśmy zaporożca i szybko dojechaliśmy do przejścia granicznego. Udręczony upałem patrzyłem z nadzieja na rumuńska stronę, chociaż wszystko, poza literami alfabetu, było tam podobne. Ale granicy przekroczyć się nie dało.
– To przejście dla samochodów, nie dla pieszych – burknął ukraiński pogranicznik z czapką typu lotniskowiec, a ja wiedziałem już, ze nie chodzi o to, ze moje płuca to nie silnik benzynowy, a nogi to nie koła. Chodziło o łapówkę.
– Nie dostaniesz – burknąłem do siebie. Nie wiem czy to słyszał, bo zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, poszedł na swoje stanowisko przy szlabanie. Nie miałem ochoty na wywalanie połowy zawartości lichego portfela na łapówki. To były czasy gdy 500 złotych miało starczyć na dwutygodniowe wakacje w Rumunii.
Miałem dość dawania w łapę, tym bardziej, ze kilka dni wcześniej postawiony pod ścianą w bramie lwowskiej kamienicy musiałem dorzucić się do fajek dwóm ukraińskim policjantom, tracąc w sumie 20 euro. Grozili, że mandat za jakieś błahe, wydumane przewinienie, będzie wielokrotnie wyższy.
Szukałem kogoś, kto zechce podrzucić mnie 500 metrów dalej, do rumuńskiego raju, gdzie czekały już dumnie zawieszone na szpicach flagi bratniego eurosojuzu. Jeden z kierowców chciał za podwózkę 50 dolarów. Na taką propozycje, znając zasobność swojego portfela, pozostało mi wybuchnąć śmiechem.
Ruch był tu naprawdę niewielki. Jeszcze kilka lat wcześniej przemyt kwitł i pewnie dawno był bym po drugiej stronie. Od czasu, kiedy Rumunia weszła do Unii bardzo uszczelniono granice a kary finansowe za przerzut towarów znacznie wzrosły. Mimo tego nie traciłem nadziei, choć samochodów było jak na lekarstwo a w dodatku skończyła się nam woda. Pagórkowata Bukowina była wysuszona na wiór i nie wiem jakim cudem mundurowi wytrzymywali w skrojonych na radziecka modle mundurach.
– Ej, turysta, gdzie chcesz jechać? – zapytał facet z białej Łady, o której myślałem, ze została zepchnięta na pobocze i nigdy już nigdzie nie pojedzie.
– Za ile weźmiecie nas do Rumunii? – zapytałem, nie marząc nawet o tym, że na tym check-poincie można coś załatwić za piękny uśmiech.
– Nie chce pieniędzy, tylko powiedz mi co przemycacie.
– Nic, nawet papierosów nie mam, bo nie palę – odpowiedziałem. Spojrzał z początku z niedowierzaniem, ale po chwili dotarło do niego, że na serio jesteśmy turystami.
– No dobra, do maszyny. Weźmiecie trochę petów i najwyżej będziecie świecić oczami, że nie wiecie o co chodzi. Igor jestem. Tylko poczekajcie, bo żona musi się zapakować.
Zapakować? Nie, nie pomyliłem się. Żona Igora, ponaglana przez niego w niewybrednych słowach, właśnie była w trakcie wkładania pod spódnicę 6 albo 7 sztang Pryłuków – tanich ukraińskich petów. W tym czasie jego ręce, jak dłonie sprawnego modelarza, wykręciły tablice z prędkościomierzem. Władował tam kolejnych kilka sztang papierosów. Nam jednak nie dał żadnych (albo dobrze nie pamiętam).
Kiedy usiadłem z przodu, podłoga w Ładzie delikatnie się ugięła. Przez kilka dziur w skorodowanej blasze widziałem jezdnie. Ruszyliśmy. Miałem dość skwaru i cieszył mnie każdy ruch. Na wszelki wypadek do swojego paszportu Igor włożył 20 dolarów. Tak jak się spodziewał, jego dokument wrócił już bez wartościowego papierka. Zniknął gdzieś w przepastnej kieszeni rumuńskiego pogranicznika.
Leciwa Łada i jej czwórka pasażerów, czyli my, rozpędzała się na równej, świeżo wyremontowanej za unijna kasę rumuńskiej drodze. Samochód, z każdym zakrętem, wpadał w przedśmiertne drgawki. To jednak nie skłaniało Igora do ograniczenia prędkości. Nawet w wioskach, gdzie romskie dzieci grały na ulicach w piłkę, siła radzieckiej motoryzacji musiała być siłą radzieckiej motoryzacji.
Gdy wjechaliśmy na kilkanaście kilometrów w głąb rumuńskiego interioru pomiędzy parą przemytników, rozpętała się kłótnia, która po chwili ucichła tak szybko, jak się zaczęła. Kiedy wskazówka prędkościomierza dobiła do setki przypomniałem sobie, ze nasze plecaki leża na drucianej konstrukcji na dachu przywiązane sznurkami. Podzieliłem się obawa o stan bagażu z Igorem, który gwałtownie wcisnął pedał hamulca.
Wywołało to odwrotnie proporcjonalne do skali gwałtowności ruchu nogi spowolnienie auta. Łada rozpędzała się bowiem do setki chyba w 2 minuty, ale z setki do zera w dół nie było wiele szybciej. Zatrzymaliśmy się chyba po 200 metrach, aby stwierdzić, że z plecakami wszystko okej. A skoro tak, nie ma sensu wrzucać ich do auta. I nie ma sensu jechać wolniej.
Kilka kilometrów dalej, ta sama operacja hamowania od 100 do zera powtórzyła się, tym razem z inicjatywy Igora. Zaciekawiony spojrzałem na żonę Igora, wyczekując odpowiedzi, dlaczego stanęliśmy pośrodku pola. Czyżby po to, by obejrzeć zachód słońca? Kobieta uśmiechnęła się do mnie i błyskawicznie zaczęła dziurawić rajstopy, wyciągając spod spódnicy setki paczek Pryłuków.
– Szybciej, job twoju mat'– warknął Igor do swojej przemytniczej wybranki. Jednocześnie wyciągał zza kierownicy pozostałe pety. Po chwili wszystkie papierosy znalazły się w czarnym worku. Podobnym do tych, w którym wynosimy na śmieci, albo wkładamy do nich topielców. W mgnieniu oka cały worek znalazł się w kępie traw, a my, jak gdyby nigdy nic, pojechaliśmy dalej w stronę Suczawy.
Na kilka kilometrów przed miastem rozstaliśmy się, żegnani serdecznie, obserwując jak ugięta na prawą stronę Łada znika wśród pagórków, szorując podwoziem o unijny asfalt.
***
Kilka dni później wlepiałem swoje zmęczone oczy w tablice dziękczynną poświęcona prymasowi Glempowi. Taka była umieszczona na pierwszym piętrze Domu Polskiego w wiosce Paltinoasa, w której za asfaltową ulicę zapłacił Aleksander Kwaśniewski i z tego powodu wszyscy tu kochali Polaków, nie tylko Ci, którzy byli potomkami XIX wiecznych górników, których zwabił tu zarobek.
Piliśmy wódkę Stalinskaya z przemiłymi potomkami XIX-wiecznych polskich migrantów ze Spiszu, których przygnała na Bukowinę obietnica dobrze płatnej pracy w kopalni. Mieszaliśmy rumuński i polski, ukraiński i rosyjski.
Była tam też para Polaków, którzy zbłądzili tu tak jak my. Udało im się dotrzeć do Suczawy jedynym rejsowym autobusem z Czerniowców. Opowiadali historię swojej podróży. Jeden jej element wydał nam się szczególnie ciekawy.
– W środku pola kierowca autobus zatrzymuje się. Prehistoryczny Ikarus staje pośrodku pola. Kierowca wpada w krzaki, wyciąga z niego plastikowe czarne worki i ładuje je do środka... – opowiadał rodak.
Poznałem więc przyczynę, dla której worki ze szlugami lądowały w polu. Zrobiło się melancholijnie. Za oknem przejeżdżał właśnie pociąg ze stacji Gura Humorului do Suczawy. Kilka tygodni później z linii kolejowej nie było co zbierać, bo zmyła ją powódź. Potomkowie polskich górników byli skazani na łapanie stopa na drodze zbudowanej z inicjatywy Kwaśniewskiego.
poniedziałek, 7 grudnia 2020
Kościół, w którym potrafię się modlić
Był początek września. Po nocy przespanej na niemiecko-duńskiej granicy w drewnianym schronie, wsiadłem na rower i ruszyłem dalej w kierunku Kopenhagi. Przede mną było 350 kilometrów. To był drugi dzień walki z wiatrem. Setny kilometr.
***
Prognozy mówiły inaczej. Wiatru nie miałem dostawać w pysk, słońce miało świecić raczej umiarkowanie. Tym razem w Danii wiało jednak od wschodu na zachód. A ja jechałem z zachodu na wschód.
Ja i rower. Obciążony ważącymi 25 kilogramów sakwami, poruszaliśmy się do przodu tylko wtedy, kiedy mózg znajdował tyle motywacji, by kolekcjonować kolejne kilometry. Przez XVI wieczne duńskie miasteczka, przez pole bitwy pod Dybol, gdzie Duńczycy w 1864 roku zebrali ostry wpierdol po raz ostatni w swojej historii. Przez wyspę Ærø, z której wyjechali ostatni duńscy turyści, ale przez pomyłkę wbiły tam dostawczakiem naćpane polskie dresy.
Załoga ultranowoczesnej jednostki pokpiła sprawdzenie tego dokąd jedzie. Bo przecież jest napisane, bo każdy umie czytać, bo Duńczycy po wioskach sprzedają płody swoich pól w maleńkich wiatach i wystawiają puszkę, której nikt nie pilnuje i nikt tej kasy nie kradnie. Zaufanie.
Po dopłynięciu na Ærø Husarzom jakby pióra od stelaża odcięło. Normalnie mogliby zareagować agresją, ale ta ni chuja by tu nie pomogła. Byli w końcu na wyspie. Jak Robinson. Dlatego zalegli w piątkę obok transita, czy co to tam było i naradzali się. Dość szybko skierowali swe nogi z powrotem na prom, by tym razem żebrać o pomoc.
- Łer
- Is Plejs
- Łi Łont
- Not hir.
- Hau go (I tu mapa google na smartfonie).
Po chwili osłupienie i cisza stadna, bo to ostatni prom na Ærø. Powrotnego brak. Odpowiedzi załogi promu mogę się domyślać, ale pewnie brzmiała mniej więcej tak: „no chłopaki, dzisiaj nic tu nie ogarniecie, radzę się rozejrzeć za noclegiem”. I, że „prom z powrotem to będzie rano”.
Widziałem te nerwowe ruchy Polaków, wykonywane jak zwykle wtedy, gdy tężyzna fizyczna w niczym nie pomaga, a mózg okazuje się zbyt marnym sprzymierzeńcem. A dalej to już nie wiem co było, bo nie chadzam do ZOO, zwłaszcza za granicą. Skąd się wzięli w bluzach z wyklętymi? Jak trafili z husarią na t-shirtach? Co zrobili później? Ich Bóg jeden raczy wiedzieć.
***
Czwarty dzień wiatru w mordę to byłaby już jednak przesada – pomyślałem sobie i zanotowałem tę myśl, tak jak teraz notuję ją dla Was.
Obudziłem się o poranku pod odwróconą do góry nogami łodzią rybacką i chciałem, żeby było łatwiej. W nocy nie dawały mi spać mewy, które raz po raz ciężko stąpały po łodzi. Bałtyk był zaledwie 10 metrów ode mnie, wiatr muskał trzciny, które cicho syczały. Zebrałem wysuszone szmaty i ruszyłem do Faxe, znanego z tego, że sprzedało recepturę na dobre piwo słupskiemu i koszalińskiemu browarowi, ale i tak gówno z tego wyszło i możemy podziwiać dziś ruiny. Nie duńskiego browaru oczywiście.
Wiatr wiał tym razem w plecy, dając odpocząć zmęczonemu pokonywaniem kolejnych kilometrów mózgowi. Sześćdziesiąty kilometr tego dnia znaczyła miejscowość Rødvig. Wjechałem tu przypadkiem i zobaczyłem jedną z piękniejszych czynnych stacji kolejowych na kontynencie. Do sennej miejscowości, co pół godziny dojeżdżały pociągi. Stawały 50 metrów od brzegu Bałtyku.
Gdybym mieszkał w pobliżu, przyjeżdżałbym codziennie na ławkę tuż przy samej stacji z widokiem na morze. Gapiłbym się na przeważnie spokojną w tym miejscu taflę wody, patrzył jak dzieciaki spychają się z pomostu, w ramach zajęć z zimnego chowu na wufie. Czasami dałbym się osrać mewie czy rybitwie, poddając się naturze. Zostawiałbym rower i nie zapinał go wcale, tak jak robią miejscowi. Od czasu do czasu na skoszonej trawie czytałbym książkę, albo pił piwo. Zapaliłbym jointa.
***
Zaledwie kilka kilometrów dalej była miejscowość Højerup. Był czwartek i popołudniu i niemal nikogo wokół choć są tu jedne z najpiękniejszych klifów w Danii. Para Niemców kręciła się po ścieżkach, gdzieś tam przez chwilę, niepewnym krokiem spacerowała po okolicy sześcioosobowa arabska rodzina. Klify robiły duże wrażenie i pewnie z tego tytułu zostały wpisane na listę Unesco.
Mniej więcej w połowie długości nadmorskiego pasa urwanej ziemi stał kościół. 16 marca 1928 roku morze zbliżyło się niebezpiecznie blisko świątyni, która w ciągu ostatnich lat traciła całkowicie dystans do morza i kpiła z niego zbyt głośno. Trzech rybaków zobaczyło, jak do wody wpada najpierw najbardziej wysunięty fragment klifu, później drzewa, a później z hukiem 40 metrów niżej ląduje fragment kościoła. Nie brakowało opinii, że to kara boska. Co rozsądniejsi wiedzieli, że to morze chce zabrać co jego. I jedni i drudzy chcieli zobaczyć przełamany w pół kościół na własne oczy. W pierwszą niedziele po katastrofie Højerup odwiedziło około 20 tysięcy osób. Nikt nie zginął, bo kościół już od 1910 roku, w obawie przed katastrofą, został zamknięty.
Wewnątrz kościoła czas urwał się dosłownie. Wymalowane kredą na tablicach cytaty z Pisma, posadzka uginająca się pod ciężarem tysięcy butów, które ją deptały przez 400 lat.Nie było ołtarza, bo ten zwalił się do Bałtyku.
Wyglądało to tak, jakby bezimienny stwórca postanowił zabrać ludziom wszelką nadzieję, skazując ich na widok morza. Zamiast ołtarza pełnego świecidełek, krucyfiksu, zamiast długiego stołu i księdza, zamiast tego wszystkiego w co chcielibyśmy wierzyć, ale sami podejrzewamy siebie o przesadę, lub wręcz oszustwo, był bezkres morza. „Fizyczny obraz czasu, który nigdzie się nie zaczyna i nie kończy”.
Kościół został zabezpieczony. Można usiąść w ławkach i modlić się do przestrzeni, albo czytać znaki ze zmieniającej się pogody, z fal albo z jaskółek, przecinających jak pociski niewielką przestrzeń do obserwacji na zewnątrz. Pusta ambona z której nikt nie przemawia. Kilka napisów po duńsku wzywających do ufności w Panu, który raz na zawsze opuścił to miejsce. A może nigdy go tu nie było.
Przywarłem do jednej z ławek. W kościele nie było nikogo, choć bardzo chciałem wierzyć, że gdzieś tam, w tym morzu, które łączy się z niebem, jest jakiś absolut. Tak byłoby najłatwiej. Nie było.
Chciałem wiedzieć, nie wierzyć, że kiedy sam wysłałem Cię do szpitala karetką pogotowia, to wcale nie staliśmy się wszyscy przegrani. Potrzebowałem pewności, że gdzieś jesteś, pomimo tego, że napis „tata” w telefonie to już tylko cztery litery niewypełnione sygnałem.
- A teraz zostaliście sami. Zostało Wam gapienie się na to co pewne. I co przetrwa was i wasze dzieci – krzyczał kościół w Højerup ustami dowolnego boga.
Patrzyłem na cienki pasek znaczący spotkanie morza z niebem Højerup, mogłem do woli modlić się do wszystkich wymyślonych przez ludzi bogów, od Chrystusa, do Allaha, do kogo tam jeszcze. Tak. Mówiłeś przecież, że to wszystko wymysł ludzi.
Przynajmniej mam pewność, że byłeś.
Tato.
sobota, 25 lipca 2020
Kosowo. Spokój w cieniu Gór Przeklętych
Szybko zorientowaliśmy się, że to bardzo popularny schemat w Kosowie. Każdy, kto tylko miał głowę na karku, uciekł stąd jak najdalej, utrzymując przy okazji rodziców za zarobione na zachodzie euro. Żeby nie komplikować życia za bardzo, tu także, jako obowiązującą walutę, wprowadzono euro.
W gościńcach pośród pól, wynędzniałych krów i postrzelanych po ostatniej wojnie domów, na chwilę zapominano o rzeczywistości we wnętrzach pełnych gipsu, kolumn. Przy dźwiękach bałkanoidalnych umcyków.
Ale raczej miał na myśli to, że może tu pracować i dostawać stałą pensję. No i legalnie mieć broń, chociaż posiadanie jej nielegalnie nie stanowiło tak do końca problemu.
Pytałem o Serbów. I o to, czy jacyś jeszcze tu mieszkają. I o to też, czy ma wśród nich znajomych.
W domu nie było gospodarza, bo akurat brał ślub, więc chatę otworzyli nam jacyś ludzie z podwórka.
Wagony pamiętały służbę pomiędzy Monachium a miasteczkiem Platting tuż przy granicy z Czechami, które słynie z tego, że jest tam Muzeum Świętego Jana Nepomucena, do którego katolicy uciekają się na wypadek powodzi (to wyczytałem w google). Kolejarze cieszyli się, że robię zdjęcia ich pociągom.
Pasterze sprowadzali z góry tysiące owiec blokując kompletnie ruch aut w mieście. Razem z owcami do miasta o zmroku zszedł ciepły wiatr.