wtorek, 16 marca 2021

Piosenka o smutnym Rumunie

Nie pamiętam co o Bolodze pisał przewodnik, bo dawno go zgubiłem. Ale wtedy na pewno go jeszcze miałem. Kilogramowe tomiszcze z „Bezdroży”, niby podręczne, musiało dać jakąś wskazówkę, że warto tam pojechać. Ale istnieje też taka możliwość, że ze zmęczenia pomyliliśmy stacje.


wtorek, 2 lutego 2021

Jezdnia ucieka przez dziurę w podłodze. Z przemytnikami do Rumunii


 

Trzy wagony spokojnie pamiętające czasy Chruszczowa i olbrzymia, dieslowska lokomotywa. Tak wyglądał pociąg, którym mieliśmy dotrzeć z Czerniowców w pobliże ukraińsko-rumuńskiego przejścia granicznego Siret-Badul. W osobówce panował swojski syf, jechaliśmy może 30 kilometrów na godzinę, drewniane ławki odkształcały nasze kręgosłupy trzeszcząc niemiłosiernie. 

Okna otworzyć nie sposób, pot lal się strumieniami z pasażerów obserwujących rozpad niegdyś zadbanych bukowińskich wsi. Było ich niewielu, więc konduktor nie miał wiele pracy, nie zarobił też na łapówkach, które przyjmował nie wydając w zamian biletów. Stare kobiety wiozły na rynek kury, jajka, trochę warzyw i młode świnie poupychane w jutowych workach. Bilet kosztował równowartość dwóch piw.

Przed końcową stacją żołądek wypchany po brzegi słonym, białym serem i moskiewską kiełbasą zaczął dopominać się o swoje. Ścigając się z czasem, mocno zatrzasnąłem za sobą drzwi wagonowej toalety. Przestałem zmagać się z naturą dokładnie w momencie, kiedy gwałtowne szarpnięcie i pisk hamulców uświadomił mi, że dotarliśmy do celu. 

Zacząłem walkę z drzwiami, które mimo wielokrotnych szarpnięć, nie chciały się otworzyć. Wiedziałem, że jeszcze chwila niezdecydowania, a pociąg pojedzie dalej, ze mną w kiblu. Oddalając się znacznie od granicy. Zaparłem się o pobielone białą farbą okno i z całej siły kopnąłem w oporną materię. Wióry się posypały, drzwi drgnęły. Rozstąpiły się wrota sracza, jak Morze Czerwone, choć bliżej nam było do Czarnego.

Wzrok konduktora, który, jak się okazało, obserwował z zewnątrz obojętnie jak sobie poradzę, nie wyrażał niczego. Moje tłumaczenia, ze wcale nie chciałem, ze zwyczajnie się zacięły, nie były potrzebne. Facet ze zrozumieniem pokiwał głową i wskazując na powyginana w kilku miejscach framugę. Wyjaśnił, że nie ja pierwszy podjąłem walkę i pewnie nie ja ostatni.

***

Pogranicznicy na stacji zbijali bąki na taboretach. Nie mogli zrozumieć co robimy w tym miejscu. Spodziewałem się, że tekst “Kocham Ukrainę” może być kluczem do uproszczenia procedury, ale stało się inaczej. Po 10 minutach kontemplacji polskich paszportów i sprawdzeniu plecaków na okoliczność posiadania materiałów wybuchowych bądź skóry z węża, w końcu odzyskałem i odpowiedz na pytanie, w którą stronę iść w kierunku samochodowego przejścia granicznego. Zanim jeszcze zbliżyliśmy się do niego, nasze ścieżki przeciął Stiopa. Kowal, lat 55.

Stiopa zarabiał tyle, ze z trudem wiązał koniec z końcem. Miał taki babciny wyraz twarzy – uosobienie dobroci i alkoholowego zatracenia, był przeraźliwie chudy. Napiłem się z nim samogonu, który przyniósł ze swojej altanki, a potem postawiłem piwo, słuchając historii o tym, kto ile ukradł i kto kogo podpalił. Ani się obejrzałem, a ze Stiopą upłynęły dwie godziny. 

Bardzo go kochałem. Po tym bimbrze kochałem wszystkich. Z szacunkiem podchodziłem do pograniczników, którzy jeszcze niedawno dla zabawy nas nękali, a spękany od słońca i przeciążonych ciężarówek asfalt był od zawsze swój.

***

Na stopa złapaliśmy zaporożca i szybko dojechaliśmy do przejścia granicznego. Udręczony upałem patrzyłem z nadzieja na rumuńska stronę, chociaż wszystko, poza literami alfabetu, było tam podobne. Ale granicy przekroczyć się nie dało.

– To przejście dla samochodów, nie dla pieszych – burknął ukraiński pogranicznik z czapką typu lotniskowiec, a ja wiedziałem już, ze nie chodzi o to, ze moje płuca to nie silnik benzynowy, a nogi to nie koła. Chodziło o łapówkę.

– Nie dostaniesz – burknąłem do siebie. Nie wiem czy to słyszał, bo zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, poszedł na swoje stanowisko przy szlabanie. Nie miałem ochoty na wywalanie połowy zawartości lichego portfela na łapówki. To były czasy gdy 500 złotych miało starczyć na dwutygodniowe wakacje w Rumunii. 

Miałem dość dawania w łapę, tym bardziej, ze kilka dni wcześniej postawiony pod ścianą w bramie lwowskiej kamienicy musiałem dorzucić się do fajek dwóm ukraińskim policjantom, tracąc w sumie 20 euro. Grozili, że mandat za jakieś błahe, wydumane przewinienie, będzie wielokrotnie wyższy. 

Szukałem kogoś, kto zechce podrzucić mnie 500 metrów dalej, do rumuńskiego raju, gdzie czekały już dumnie zawieszone na szpicach flagi bratniego eurosojuzu. Jeden z kierowców chciał za podwózkę 50 dolarów. Na taką propozycje, znając zasobność swojego portfela,  pozostało mi wybuchnąć śmiechem.

Ruch był tu naprawdę niewielki. Jeszcze kilka lat wcześniej przemyt kwitł i pewnie dawno był bym po drugiej stronie. Od czasu, kiedy Rumunia weszła do Unii bardzo uszczelniono granice a kary finansowe za przerzut towarów znacznie wzrosły. Mimo tego nie traciłem nadziei, choć samochodów było jak na lekarstwo a w dodatku skończyła się nam woda. Pagórkowata Bukowina była wysuszona na wiór i nie wiem jakim cudem mundurowi wytrzymywali w skrojonych na radziecka modle mundurach.

– Ej, turysta, gdzie chcesz jechać? – zapytał facet z białej Łady, o której myślałem, ze została zepchnięta na pobocze i nigdy już nigdzie nie pojedzie.

– Za ile weźmiecie nas do Rumunii? – zapytałem, nie marząc nawet o tym, że na tym check-poincie można coś załatwić za piękny uśmiech.

– Nie chce pieniędzy, tylko powiedz mi co przemycacie. 

– Nic, nawet papierosów nie mam, bo nie palę – odpowiedziałem. Spojrzał z początku z niedowierzaniem, ale po chwili dotarło do niego, że na serio jesteśmy turystami.

– No dobra, do maszyny.  Weźmiecie trochę petów i najwyżej będziecie świecić oczami, że nie wiecie o co chodzi. Igor jestem. Tylko poczekajcie, bo żona musi się zapakować.

Zapakować? Nie, nie pomyliłem się. Żona Igora, ponaglana przez niego w niewybrednych słowach, właśnie była w trakcie wkładania pod spódnicę 6 albo 7 sztang Pryłuków – tanich ukraińskich petów. W tym czasie jego ręce, jak dłonie sprawnego modelarza, wykręciły tablice z prędkościomierzem. Władował tam kolejnych kilka sztang papierosów. Nam jednak nie dał żadnych (albo dobrze nie pamiętam).

Kiedy usiadłem z przodu, podłoga w Ładzie delikatnie się ugięła. Przez kilka dziur w skorodowanej blasze widziałem jezdnie. Ruszyliśmy. Miałem dość skwaru i cieszył mnie każdy ruch. Na wszelki wypadek do swojego paszportu Igor włożył 20 dolarów. Tak jak się spodziewał, jego dokument wrócił już bez wartościowego papierka. Zniknął gdzieś w przepastnej kieszeni rumuńskiego pogranicznika.

Leciwa Łada i jej czwórka pasażerów, czyli my, rozpędzała się na równej, świeżo wyremontowanej za unijna kasę rumuńskiej drodze. Samochód, z każdym zakrętem, wpadał w przedśmiertne drgawki. To jednak nie skłaniało Igora do ograniczenia prędkości. Nawet w wioskach, gdzie romskie dzieci grały na ulicach w piłkę, siła radzieckiej motoryzacji musiała być siłą radzieckiej motoryzacji.

Gdy wjechaliśmy na kilkanaście kilometrów w głąb rumuńskiego interioru pomiędzy parą przemytników, rozpętała się kłótnia, która po chwili ucichła tak szybko, jak się zaczęła. Kiedy wskazówka prędkościomierza dobiła do setki przypomniałem sobie, ze nasze plecaki leża na drucianej konstrukcji na dachu przywiązane sznurkami. Podzieliłem się obawa o stan bagażu z Igorem, który gwałtownie wcisnął pedał hamulca.

Wywołało to odwrotnie proporcjonalne do skali gwałtowności ruchu nogi spowolnienie auta. Łada rozpędzała się bowiem do setki chyba w 2 minuty, ale z setki do zera w dół nie było wiele szybciej. Zatrzymaliśmy się chyba po 200 metrach, aby stwierdzić, że z plecakami wszystko okej. A skoro tak, nie ma sensu wrzucać ich do auta. I nie ma sensu jechać wolniej.

Kilka kilometrów dalej, ta sama operacja hamowania od 100 do zera powtórzyła się,  tym razem z inicjatywy Igora. Zaciekawiony spojrzałem na żonę Igora, wyczekując odpowiedzi, dlaczego stanęliśmy pośrodku pola. Czyżby po to, by obejrzeć zachód słońca? Kobieta uśmiechnęła się do mnie i błyskawicznie zaczęła dziurawić rajstopy, wyciągając spod spódnicy setki paczek Pryłuków.

– Szybciej, job twoju mat'– warknął Igor do swojej przemytniczej wybranki. Jednocześnie wyciągał zza kierownicy pozostałe pety. Po chwili wszystkie papierosy znalazły się w czarnym worku. Podobnym do tych, w którym wynosimy na śmieci, albo wkładamy do nich topielców. W mgnieniu oka cały worek znalazł się w kępie traw, a my, jak gdyby nigdy nic, pojechaliśmy dalej w stronę Suczawy. 

Na kilka kilometrów przed miastem rozstaliśmy się, żegnani serdecznie, obserwując jak ugięta na prawą stronę Łada znika wśród pagórków, szorując podwoziem o unijny asfalt.

***

Kilka dni później wlepiałem swoje zmęczone oczy w tablice dziękczynną poświęcona prymasowi Glempowi. Taka była umieszczona na pierwszym piętrze Domu Polskiego w wiosce Paltinoasa, w której za asfaltową ulicę zapłacił Aleksander Kwaśniewski i z tego powodu wszyscy tu kochali Polaków, nie tylko Ci, którzy byli potomkami XIX wiecznych górników, których zwabił tu zarobek.

Piliśmy wódkę Stalinskaya z przemiłymi potomkami XIX-wiecznych polskich migrantów ze Spiszu, których przygnała na Bukowinę obietnica dobrze płatnej pracy w kopalni. Mieszaliśmy rumuński i polski, ukraiński i rosyjski. 

Była tam też para Polaków, którzy zbłądzili tu tak jak my. Udało im się dotrzeć do Suczawy jedynym rejsowym autobusem z Czerniowców. Opowiadali historię swojej podróży. Jeden jej element wydał nam się szczególnie ciekawy.

– W środku pola kierowca autobus zatrzymuje się. Prehistoryczny Ikarus staje pośrodku pola. Kierowca wpada w krzaki, wyciąga z niego plastikowe czarne worki i ładuje je do środka... – opowiadał rodak. 

Poznałem więc przyczynę, dla której worki ze szlugami lądowały w polu. Zrobiło się melancholijnie. Za oknem przejeżdżał właśnie pociąg ze stacji Gura Humorului do Suczawy. Kilka tygodni później z linii kolejowej nie było co zbierać, bo zmyła ją powódź. Potomkowie polskich górników byli skazani na łapanie stopa na drodze zbudowanej z inicjatywy Kwaśniewskiego.





poniedziałek, 7 grudnia 2020

Kościół, w którym potrafię się modlić

Był początek września. Po nocy przespanej na niemiecko-duńskiej granicy w drewnianym schronie, wsiadłem na rower i ruszyłem dalej w kierunku Kopenhagi. Przede mną było 350 kilometrów. To był drugi dzień walki z wiatrem. Setny kilometr.

***

Prognozy mówiły inaczej. Wiatru nie miałem dostawać w pysk, słońce miało świecić raczej umiarkowanie. Tym razem w Danii wiało jednak od wschodu na zachód. A ja jechałem z zachodu na wschód.

Ja i rower. Obciążony ważącymi 25 kilogramów sakwami, poruszaliśmy się do przodu tylko wtedy, kiedy mózg znajdował tyle motywacji, by kolekcjonować kolejne kilometry. Przez XVI wieczne duńskie miasteczka, przez pole bitwy pod Dybol, gdzie Duńczycy w 1864 roku zebrali ostry wpierdol po raz ostatni w swojej historii. Przez wyspę Ærø, z której wyjechali ostatni duńscy turyści, ale przez pomyłkę wbiły tam dostawczakiem naćpane polskie dresy. 

Załoga ultranowoczesnej jednostki pokpiła sprawdzenie tego dokąd jedzie. Bo przecież jest napisane, bo każdy umie czytać, bo Duńczycy po wioskach sprzedają płody swoich pól w maleńkich wiatach i wystawiają puszkę, której nikt nie pilnuje i nikt tej kasy nie kradnie. Zaufanie.

Po dopłynięciu na Ærø Husarzom jakby pióra od stelaża odcięło. Normalnie mogliby zareagować agresją, ale ta ni chuja by tu nie pomogła. Byli w końcu na wyspie. Jak Robinson. Dlatego zalegli w piątkę obok transita, czy co to tam było i naradzali się. Dość szybko skierowali swe nogi z powrotem na prom, by tym razem żebrać o pomoc.

- Łer

- Is Plejs

- Łi Łont 

- Not hir.

- Hau go (I tu mapa google na smartfonie).

Po chwili osłupienie i cisza stadna, bo to ostatni prom na Ærø. Powrotnego brak. Odpowiedzi załogi promu mogę się domyślać, ale pewnie brzmiała mniej więcej tak: „no chłopaki, dzisiaj nic tu nie ogarniecie, radzę się rozejrzeć za noclegiem”. I, że „prom z powrotem to będzie rano”. 

Widziałem te nerwowe ruchy Polaków, wykonywane jak zwykle wtedy, gdy tężyzna fizyczna w niczym nie pomaga, a mózg okazuje się zbyt marnym sprzymierzeńcem. A dalej to już nie wiem co było, bo nie chadzam do ZOO, zwłaszcza za granicą. Skąd się wzięli w bluzach z wyklętymi? Jak trafili z husarią na t-shirtach? Co zrobili później? Ich Bóg jeden raczy wiedzieć.


***

Czwarty dzień wiatru w mordę to byłaby już jednak przesada – pomyślałem sobie i zanotowałem tę myśl, tak jak teraz notuję ją dla Was. 

Obudziłem się o poranku pod odwróconą do góry nogami łodzią rybacką i chciałem, żeby było łatwiej. W nocy nie dawały mi spać mewy, które raz po raz ciężko stąpały po łodzi. Bałtyk był zaledwie 10 metrów ode mnie, wiatr muskał trzciny, które cicho syczały. Zebrałem wysuszone szmaty i ruszyłem do Faxe, znanego z tego, że sprzedało recepturę na dobre piwo słupskiemu i koszalińskiemu browarowi, ale i tak gówno z tego wyszło i możemy podziwiać dziś ruiny. Nie duńskiego browaru oczywiście.



Wiatr wiał tym razem w plecy, dając odpocząć zmęczonemu pokonywaniem kolejnych kilometrów mózgowi. Sześćdziesiąty kilometr tego dnia znaczyła miejscowość Rødvig. Wjechałem tu przypadkiem i zobaczyłem jedną z piękniejszych czynnych stacji kolejowych na kontynencie. Do sennej miejscowości, co pół godziny dojeżdżały pociągi. Stawały 50 metrów od brzegu Bałtyku. 

Gdybym mieszkał w pobliżu, przyjeżdżałbym codziennie na ławkę tuż przy samej stacji z widokiem na morze. Gapiłbym się na przeważnie spokojną w tym miejscu taflę wody, patrzył jak dzieciaki spychają się z pomostu, w ramach zajęć z zimnego chowu na wufie. Czasami dałbym się osrać mewie czy rybitwie, poddając się naturze. Zostawiałbym rower i nie zapinał go wcale, tak jak robią miejscowi. Od czasu do czasu na skoszonej trawie czytałbym książkę, albo pił piwo. Zapaliłbym jointa.

***

Zaledwie kilka kilometrów dalej była miejscowość Højerup. Był czwartek i popołudniu i niemal nikogo wokół choć są tu jedne z najpiękniejszych klifów w Danii. Para Niemców kręciła się po ścieżkach, gdzieś tam przez chwilę, niepewnym krokiem spacerowała po okolicy sześcioosobowa arabska rodzina. Klify robiły duże wrażenie i pewnie z tego tytułu zostały wpisane na listę Unesco.

Mniej więcej w połowie długości nadmorskiego pasa urwanej ziemi stał kościół. 16 marca 1928 roku morze zbliżyło się niebezpiecznie blisko świątyni, która w ciągu ostatnich lat traciła całkowicie dystans do morza i kpiła z niego zbyt głośno. Trzech rybaków zobaczyło, jak do wody wpada najpierw najbardziej wysunięty fragment klifu, później drzewa, a później z hukiem 40 metrów niżej ląduje fragment kościoła. Nie brakowało opinii, że to kara boska. Co rozsądniejsi wiedzieli, że to morze chce zabrać co jego. I jedni i drudzy chcieli zobaczyć przełamany w pół kościół na własne oczy. W pierwszą niedziele po katastrofie Højerup odwiedziło około 20 tysięcy osób. Nikt nie zginął, bo kościół już od 1910 roku, w obawie przed katastrofą, został zamknięty.

Wewnątrz kościoła czas urwał się dosłownie. Wymalowane kredą na tablicach cytaty z Pisma, posadzka uginająca się pod ciężarem tysięcy butów, które ją deptały przez 400 lat.Nie było ołtarza, bo ten zwalił się do Bałtyku. 

Wyglądało to tak, jakby bezimienny stwórca postanowił zabrać ludziom wszelką nadzieję, skazując ich na widok morza. Zamiast ołtarza pełnego świecidełek, krucyfiksu, zamiast długiego stołu i księdza, zamiast tego wszystkiego w co chcielibyśmy wierzyć, ale sami podejrzewamy siebie o przesadę, lub wręcz oszustwo, był bezkres morza. „Fizyczny obraz czasu, który nigdzie się nie zaczyna i nie kończy”.

Kościół został zabezpieczony. Można usiąść w ławkach i modlić się do przestrzeni, albo czytać znaki ze zmieniającej się pogody, z fal albo z jaskółek, przecinających jak pociski niewielką przestrzeń do obserwacji na zewnątrz. Pusta ambona z której nikt nie przemawia. Kilka napisów po duńsku wzywających do ufności w Panu, który raz na zawsze opuścił to miejsce. A może nigdy go tu nie było.

Przywarłem do jednej z ławek. W kościele nie było nikogo, choć bardzo chciałem wierzyć, że gdzieś tam, w tym morzu, które łączy się z niebem, jest jakiś absolut. Tak byłoby najłatwiej. Nie było.



Chciałem wiedzieć, nie wierzyć, że kiedy sam wysłałem Cię do szpitala karetką pogotowia, to wcale nie staliśmy się wszyscy przegrani. Potrzebowałem pewności, że gdzieś jesteś, pomimo tego, że napis „tata” w telefonie to już tylko cztery litery niewypełnione sygnałem.

- A teraz zostaliście sami. Zostało Wam gapienie się na to co pewne. I co przetrwa was i wasze dzieci – krzyczał kościół w Højerup ustami dowolnego boga.

Patrzyłem na cienki pasek znaczący spotkanie morza z niebem Højerup, mogłem do woli modlić się do wszystkich wymyślonych przez ludzi bogów, od Chrystusa, do Allaha, do kogo tam jeszcze. Tak. Mówiłeś przecież, że to wszystko wymysł ludzi.

Przynajmniej mam pewność, że byłeś.

Tato.




sobota, 25 lipca 2020

Kosowo. Spokój w cieniu Gór Przeklętych


Zanim metalowe cielsko różowego Airbusa wypluło nas na płycie lotniska w Prisztinie, oglądałem przestrzeń przez mikroskopijne okienko przy siedzeniu 18A. 

Szare, niezwykle wysokie wierzchołki Gór Przeklętych, nasuwały się na siebie i było ich nieskończenie wiele. Surowość i dzikość tych gór robiła wielkie wrażenie nawet (zwłaszcza?) z powietrza.

Słońce, na bezchmurnym niebie, świeciło od południa w taki sposób, że widziałem przesuwający się po dwutysięcznikach cień odrzutowca. Cień wysokozaawansowanej technologii w przestrzeni, w której jeszcze kilka lat wcześniej, górale dla własnego bezpieczeństwa nie rozstawali się kałasznikowami. A podstawą gospodarki był wypas owiec, produkcja sera i mleka i przemyt broni.

***

Lotnisko w Prisztinie szokowało.„The main airport of Kosovo”.

To była góra aluminium i szkła. Jakby przygotowano je zawczasu na olimpiadę, albo chociaż na jakieś paneuropejskie mistrzostwa. W czym? Nie mam pojęcia.

Bo jak tu rozegrać taki na przykład mecz z Serbią czy Rosją, która wciąż ma problem z uznaniem niezależności Kosowa? I najchętniej zrobiłaby z tym lotniskiem to, co zrobiła z lotniskiem w ukraińskim Donbasie w dwa lata po tym jak skończyło się Euro 2012. Czyli zrównana je z ziemią.

Na razie jednak wszystko błyszczało, gotowe na przyjęcie tych kilkunastu lotów dziennie.

***

Z lotniska do odległej o 15 kilometrów stolicy podobno jeździł jakiś autobus. Ale nie byliśmy pewni, czy chcemy do Prisztiny i nie byliśmy pewni czy chcemy tam dotrzeć autobusem. 

Na wyciągnięty w proszalnym geście kciuk zareagował po pięciu sekundach i 20 setnych uśmiechnięty od ucha do ucha kierowca starego mercedesa. W środku swojsko pachniało fajkami i wytartą skórą, która przyjęła w siebie pot tysiąca ludzi wielu narodowości, których gościło to leciwe auto, zanim znalazło się na emeryturze w Kosowie.

50-latek mówił trochę w języku producenta auta, więc zdołałem dowiedzieć się, że z sześciorga rodzeństwa on jeden został w Kosowie. Reszta zaś rozjechała się do Niemiec, Szwajcarii, Włoch, a wszyscy mają co najmniej trójkę dzieci...

Szybko zorientowaliśmy się, że to bardzo popularny schemat w Kosowie. Każdy, kto tylko miał głowę na karku, uciekł stąd jak najdalej, utrzymując przy okazji rodziców za zarobione na zachodzie euro. Żeby nie komplikować życia za bardzo, tu także, jako obowiązującą walutę, wprowadzono euro.



Młodzi wracali tu jedynie na swoje własne śluby. Aby zrobić przyjemność pozostałej w kraju rodzinie i spotkać się z tymi, którym nie udało się wyjechać. 

Kilkanaście razy w roku półmartwe wioski, gdy wypożyczone mercedesy z przyciemnianymi szybami wypuszczały z siebie młode pary.

W gościńcach pośród pól, wynędzniałych krów i postrzelanych po ostatniej wojnie domów, na chwilę zapominano o rzeczywistości we wnętrzach pełnych gipsu, kolumn. Przy dźwiękach bałkanoidalnych umcyków.

***

Złapanie kolejnego stopa w drodze do Peje, ze składowiska mebli ogrodowych, zajęło nam chyba całe trzy minuty. Chciałbym napisać, że słońce prażyło skórę i że żar lał się z nieba, bo lubię tak pisać i tak rzeczywiście było, ale nie miało to większego znaczenia. 

Bo za chwilę siedzieliśmy w środku klimatyzowanego, terenowego auta, pełnego gratów. Jego kierowca miał 28 lat i wiele do powiedzenia. Dystans skracał jego doskonały angielski, o co w tej części Europy, raczej trudno.

Był żołnierzem utworzonej zaledwie kilka miesięcy wcześniej armii kosowskiej, złożonej z funkcjonariuszy miejscowych sił bezpieczeństwa i policji. Możliwość posiadania stałej pracy szybko stała się bardzo atrakcyjną opcją dla mężczyzn w jego wieku. Państwo nie dawało bowiem wiele więcej możliwości stabilnego zarobku. Teraz, terenówką wiózł do pralni kilkanaście olbrzymich worków z mundurami.

***

Czy bezpiecznie jest być żołnierzem w państwie, które nie przez wszystkie kraje jest uznawane, a sam fakt powołania armii Kosowa budzi międzynarodowe kontrowersje? 

„Bardzo bezpiecznie” – odpowiedział.

Ale raczej miał na myśli to, że może tu pracować i dostawać stałą pensję. No i legalnie mieć broń, chociaż posiadanie jej nielegalnie nie stanowiło tak do końca problemu. 

Pytał dokąd wybieramy się po spędzeniu zaplanowanych przez nas kilku dni w Kosowie. Odpowiedziałem, że do Albanii, a konkretnie do Szkodry. To po drugiej strony granicy, po drugiej stronie gór.

– Znam bardzo dobrze Szkodrę. Trafiłem tam, gdy miałem 8 czy 9 lat. Jako uchodźca. Tu nie dało się żyć. Wojna, mnóstwo trupów, wioski płonęły jedna po drugiej. Pamiętam wszystko – mówił. Opowiadał o konflikcie, który ja, jako nastolatek, oglądałem na szklanym ekranie w programach Waldemara Milewicza. Wówczas Kosowo wydawało mi się tak odległe jak Malediwy.

Pytałem o Serbów. I o to, czy jacyś jeszcze tu mieszkają. I o to też, czy ma wśród nich znajomych.

– Są. Żyjemy obok siebie. Ale nie mam między nimi przyjaciół. Widziałem za wiele – krótko podsumował. 

A mi przypomniały się relację Serbów, którzy to samo mówili o Albańczykach (lub, jak kto woli, o Kosowarach). Większość z nich opuściła Kosowo w konsekwencji wojny, z których Serbowie nie wyszli zwycięsko. Pomyślałem, że pamięć jest, tak na chujowy sposób, uniwersalna.

***

Facet był przemiły. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że to nie żadna kurtuazja i nie jednostkowy przypadek. Jeśli ktoś zabierał cię w Kosowie na stopa, to miałeś się czuć dobrze. Mogłeś więc palić z kierowcami ich fajki, byłeś zapraszany na kawę, albo chociaż na energetyka. Kosowarzy przypominali Ci czym jest gościnność i szacunek do drugiego człowieka. W tym konkretnym przypadku – do nas.

Zostawił nas przy stacji kolejowej w Peje. Po serbsku byłoby to miasto Peć, choć w tym języku, wbrew temu co mówił żołnierz, mówią tu już tylko prawosławne siostry z XII-wiecznego monastyru ochranianego przez policjantów z maszynową bronią.



***

Poszliśmy szukać mieszkania, które rezerwowaliśmy za jakieś naprawdę śmieszne pieniądze. W standardzie, który przerastał daleko nasze oczekiwania. Za rękę, przez podwórka, prowadzili nas miejscowi, dla których, bez wyjątku, byliśmy gośćmi.

Znaleźliśmy.

W domu nie było gospodarza, bo akurat brał ślub, więc chatę otworzyli nam jacyś ludzie z podwórka.

Następnego dnia rano gospodarz też się nie pojawił. „Zostawcie gdzieś pieniądze” – napisał tylko. Nie pozostało nic innego, jak złożyć mu życzenia, z okazji wkroczenia w nowy etap życia, za pośrednictwem smsa.



W mieście otoczonym gigantycznymi górami mijaliśmy kebabczarnie, sklepiki z tysiącami gatunków orzechów w polewie i bez niej, liczne kawiarnie, od zapachu z których można było oszaleć. 

W środku miasta jak UFO sterczał arcyciekawy brutalistycznym budyn, który sprawiła Kosowu, bardzo niegdysiejsza, Jugosławia. 

Niedaleko, w nieco hipsterskiej knajpie, w której przesiadywali dawniej żołnierze sił pokojowych KFOR, makarony były chyba lepsze niż we Włoszech, a wino nieprzyzwoicie tanie.



Na niewielkim, ogrodzonym płotem boisku, odbywał się więc wyborczy jednej z partii. Za 7 dni miały odbyć się w Kosowie wybory parlamentarne. Ludzie byli wyraźnie zainteresowani wydarzeniem i aktywnie brali w nim udział. Mnie tez próbowano zachęcić sprawą, ale szybko wyszło, że nie znam albańskiego.

Momentalnie znalazły się obok mnie dziewczyny, które postanowiły wytłumaczyć mi z pomocą google translatora, o co w tym wszystkim chodzi.

A ten wypluwał mi po angielsku kogo dziś mogę tu zobaczyć. Czy mogę wnieść aparat? "Tak!" Czy wiedzą, że jestem dziennikarzem? "Zapraszamy, przyjdź i posłuchaj o tym jak zmieni się Kosowo z naszym nowym premierem" – wyświetliły na ekranie Iphona. Jedynie chwilę patrzyłem na ten spektakl, niewiele, poza entuzjazmem gawiedzi, z niego rozumiejąc.

***

Wolałem jeszcze raz przejść przez senną pod wieczór czarsziję, gdzie nieliczni mężczyźni, bez swoich żon, palili shishę albo tanie fajki i zajadali baraninę. 

Chciałem posiedzieć na dworcu wśród setek plastikowych jednorazówek, puszek, resztek gazet, łupin słonecznika rozścielonych jak dywany i spleśniałych owoców porozrzucanych między podkładami. Wśród dzieciaków, które nie chciały ode mnie nic więcej, poza zbiciem piątki.  

Słońce grzało zbocza Gór Przeklętych swoimi ostatnimi tego dnia, pomarańczowymi promieniami. W mieście cichła wyborcza wrzawa. Na peron wtoczył się jeden z dwóch pociągów uruchamianych między stolicą kraju a Peje.

Wagony pamiętały służbę pomiędzy Monachium a miasteczkiem Platting tuż przy granicy z Czechami, które słynie z tego, że jest tam Muzeum Świętego Jana Nepomucena, do którego katolicy uciekają się na wypadek powodzi (to wyczytałem w google). Kolejarze cieszyli się, że robię zdjęcia ich pociągom.



Po raz ostatni tego dnia muezini jednocześnie z kilku minaretów wezwali na modlitwę. W tanim winie Bodrumi i Vjeter („Stara Piwnica”) po raz kolejny korek pękł na pół, krusząc się do wewnątrz butelki. Niewiele to zmieniło, bo i tak było one podłe.

Pasterze sprowadzali z góry tysiące owiec blokując kompletnie ruch aut w mieście. Razem z owcami do miasta o zmroku zszedł ciepły wiatr.

Następnego dnia miałem zobaczyć Prizren i zakochać się w nim bez pamięci. Może Wam kiedyś o tym opowiem. Na razie jeszcze nie umiem. Pokażę Wam tylko zdjęcie.



Jeśli dotrwałeś/dotrwałaś do końca, lubisz Bałkany, a może po prostu podoba Ci się to co piszemy, to być może spodoba Cię także opowiadanie "Wposzukiwaniu niestłuczonej szyby. Podróż pociągiem przez Albanię". Zapraszamy do lektury! 

czwartek, 4 czerwca 2020

Linie północne

Pomorskie szlaki kolejowe nigdy nie były zbyt gościnne. Można było na nich poczuć chłód pędzącego od morza wiatru, który przeszywał na wskroś i często potrafił zasiać niepokój, gdy wdzierał się nagle przez otwarte drzwi w składzie pociągu. Jakby coś złego miało się za chwilę wydarzyć. 

Wystarczył jeden wdech i od razu było czuć, że jesteś w EN57. Charakterystyczny zapach tej jednostki był chyba gratisem z lat 70. zakorzenionym na wieki. Nawet najdroższa modernizacja nie zdołała zabić tego nieśmiertelnego zapachu kibla zmieszanego z wonią podkładów kolejowych. Może to właśnie jest przyczyną mojej odwiecznej niechęci do Szybkiej Kolei Miejskiej. Żeby dotrzeć do Trójmiasta, wolałem dopłacić do pośpiesznego niż telepać się tym złomem. Co ciekawe jazda EN57 w barwach innej spółki w ogóle mi nie przeszkadzała. 

piątek, 10 kwietnia 2020

Gwiazdki


Należy zacząć od tego, że na imię mam Adam i jeszcze wszystkie żebra są dostępne, ale momentami jednego mi brakuje. Dzieje się tak, gdy nieopatrznie grzebię w pamięci. I wyłażą wtedy różne historie mniej lub bardziej wyraźne. Zazwyczaj strzępami czegoś one są albo smakują, jak pierwsze łyki dobrego, treściwego czerwonego wina po dłuższej przerwie. Salut!

***
Wydostać się ze wsi można było tylko podmiejską linią nr 11 oraz autostopem. Co prawda jeździł jeszcze PKS i Nord Express, ale bilety były bardzo drogie, jak dla nas. Poza tym kursowało to o bardzo dziwnych godzinach, z których nikt z nas wtedy nie korzystał. Zaoszczędzone na transporcie pieniądze można było przeznaczyć na papierosy na sztuki i piwo za trzy złote w śmierdzącym piwnicą barze. Oczekiwania smakowe i wkład finansowy mieliśmy wówczas niewielkie, właściwie równe zeru. Miało szybko klepać. Mimo to bawiliśmy się świetnie, ale tylko do 21:37, bo o tej porze odjeżdżała ostatnia jedenastka ze Słupska.

wtorek, 31 marca 2020

Wróciłem do lat dziewięćdziesiątych. Podróż bez celu przez wschodnią Słowację


O poranku na dworcu kolejowym w Nowym Sączu orkiestra zagrała Bella Ciao. Pisowski marszałek województwa, przy dźwiękach piosenki włoskich antyfaszystów, podnieconym głosem mówił dziennikarzom o tym jak bardzo chciałby zobaczyć w Małopolsce nowoczesne lokomotywy, które były tłem dla tego spektaklu.

Wieczorem, przed dworcem w Koszycach, umierał leżący na wznak Cygan, którego reanimowali słowaccy medycy. Jedną historię od drugiej dzieli 140 kilometrów i niewiele ponad dwie godziny jazdy autobusem. Pociągu między miastami nie ma.