Wysiadłem z autobusu ze Szczecina w Berlinie, na
Alexanderplatz. Piękna letnia aura, którą w połowie września przywiozłem z Polski, zamieniła się nagle w listopadową przemoc deszczowo-wietrzna i nie ma co łudzić się - że to jakoś
nas minie. Nie minie, a jeszcze tak dopieprzy, że w kwietniu zawyjemy w
błaganiu o plus 5.
W popłochu zakładałem na siebie bluzę z kapturem, kurtkę,
długie spodnie i przez te parę sekund po gaciach smagał mnie deszcze i wiatr.
Zaś naprzeciwko mnie, za szybą, w poenerdowskim budynku przypominającym nic kontra nic, dziewczęta
w przykrótkich sukienkach tańczyły kankana w knajpie udającej paryskie Moulin
Rouge. Tak naprzeciw (gegen) pogodzie i niemieckiemu sztywniactwu.