O 11 zostawiłem za sobą po raz
pierwszy od kilku dni słoneczny Rotterdam. Słońce suszyło kałuże
przed dworcem, w których w papierowe flupy obracały się resztki jointów, dopalanych nerwowo przez oczekujących na międzynarodowe ekspresy.
Dojechałem do Paryża superexpressem
Thalys. Pociąg najlepsze lata miał już za sobą, o czym świadczyła
lekko powycierana wykładzina i siedzenia obite czerwonym materiałem,
który zadawałby szyku w latach 80-tych, ale teraz było to już
trochę passe. poza tym było dość ciasno, ale za to bardzo szybko.
Z Holandii do Paryża jedzie się bowiem tylko 2 i pół godziny.
Ledwie człowiek zdąży wypić piwo w restauracyjnym, a już jest w
trzecim, po Holandii i Belgii, kraju.