piątek, 21 grudnia 2018

Zginąłem po raz pierwszy

Uważaj na słonie, bo ci mogą zdeptać dłonie.

To nie będzie piękna ballada o miłości i przyjaźni, bo wszystko zaczyna się od rozpadu i chęci mordu. A to dlatego, że ledwie zdążyliśmy na pociąg do Berlina. Na domiar złego musieliśmy biec, bo każdy inny środek transportu w Poznaniu zawiódł.

Podobno dużo ludzi kocha biegać (niech im ziemia lekką będzie), ale ja i M. z pewnością nie należymy do tego grona. Wszystko przeze mnie, bo nie mogłem się ogarnąć z wyjściem, a potem była już tylko lawina złych wypadkowych z fuksiarskim finałem.

W końcu jednak jechaliśmy upragnionym żelaznym szlakiem, nietypowo jak na nas, na zachód.

piątek, 7 grudnia 2018

Jutro zobaczę Atlantyk


O 11 zostawiłem za sobą po raz pierwszy od kilku dni słoneczny Rotterdam. Słońce suszyło kałuże przed dworcem, w których w papierowe flupy obracały się resztki jointów, dopalanych nerwowo przez oczekujących na międzynarodowe ekspresy.

Dojechałem do Paryża superexpressem Thalys. Pociąg najlepsze lata miał już za sobą, o czym świadczyła lekko powycierana wykładzina i siedzenia obite czerwonym materiałem, który zadawałby szyku w latach 80-tych, ale teraz było to już trochę passe. poza tym było dość ciasno, ale za to bardzo szybko. Z Holandii do Paryża jedzie się bowiem tylko 2 i pół godziny. Ledwie człowiek zdąży wypić piwo w restauracyjnym, a już jest w trzecim, po Holandii i Belgii, kraju.

piątek, 26 października 2018

Niedopałki

Jesienią, chwilę przed listopadową nędzą i rozkładem wszystkiego dookoła, przesiadywaliśmy zwykle z kolegami na dachu kotłowni, która była niską przybudówką przy bloku. Tam działo się najwięcej na osiedlu, zwłaszcza w czasie dyktatury żółtych liści. Na placu przed kotłownią był ogromny skald drewna i węgla, dla nas jedenasto i dwunastolatków - ogromna przestrzeń do zabawy. Trochę dziwna była to zabawa, bo najbardziej upodobaliśmy sobie wrzucanie węgla przez zsyp do hali kotłowni. Kamienie toczyły się po stromych ścianach zsypu i z głuchym hukiem kończyły pod obskurną ścianą. Ale nie to było największą frajdą. Najbardziej podobało nam się, gdy odpowiednio się tym zajęciem pobrudziliśmy.

wtorek, 25 września 2018

Deniz wyjeżdża z Turcji


Wysiadłem z autobusu ze Szczecina w Berlinie, na Alexanderplatz. Piękna letnia aura, którą w połowie września przywiozłem z Polski, zamieniła się nagle w listopadową przemoc deszczowo-wietrzna i nie ma co łudzić się - że to jakoś nas minie. Nie minie, a jeszcze tak dopieprzy, że w kwietniu zawyjemy w błaganiu o plus 5.

W popłochu zakładałem na siebie bluzę z kapturem, kurtkę, długie spodnie i przez te parę sekund po gaciach smagał mnie deszcze i wiatr. Zaś naprzeciwko mnie, za szybą, w poenerdowskim  budynku przypominającym nic kontra nic, dziewczęta w przykrótkich sukienkach tańczyły kankana w knajpie udającej paryskie Moulin Rouge. Tak naprzeciw (gegen) pogodzie i niemieckiemu sztywniactwu.

sobota, 22 września 2018

Powoli na śmierć pociągiem

S-bahn i U-bahn w Berlinie działa tak, że o 1:04 za oknem wciąż hałasują koła podmiejskiej kolejki. Jak ktoś lubi ciszę, to okno powinien przymknąć, choć ciężko to zrobić, gdy na dworze o tej godzinie jest ciągle powyżej 20 stopni Celsjusza. Więc piszę. 

xxx

Na kamienicach w byłym Zachodnim Berlinie wciąż jeszcze można znaleźć tablice z treścią, że tą to a tamtą odbudowano w ramach akcji podnoszenia z ruin Berlina pod koniec lat 40-tych. Przedsięwzięcie było olbrzymie, bo alianckie bombardowania były tu liczne, a szaleńcza obrona Berlina z wiosny 1945 roku dołożyła swoje. Secesyjne kamienice Schoneberg udało się odbudować między innymi dzięki temu, że mostem powietrznym dosyłano tu z wolnego świata cegły (tak, cegły samolotem) i cement. Dzieciaki też nie miały najgorzej, bo z niego zrzucano im cukierki. Tak przynajmniej mówi berlińska miejska legenda. 

piątek, 14 września 2018

U senatora wielki bal

Na tą imprezę Krynica-Zdrój czeka rok. Raz w roku, na początku września, gdy słońce jeszcze ładnie potrafi wyostrzyć kontury okolicznych gór, zjeżdżają się państwo prezesi, nawiedzają Krynicę bogobojni ministrowie, biskupi z wypucowanymi butami zadają szyku w odgrodzonej od gawiedzi płotem przestrzeni. Otwiera się specjalna Biedronka, w amerykańskim pawilonie można za darmo (jeśli dostąpi się zaszczytu posiadania akredytacji lub zaproszenia) zjeść kruasanta i popić go kawą.

To druga twarz Krynicy, której dotąd nie znałem. 4 lata skutecznie unikałem wyjazdu na ten elitarny spęd, do którego, z racji wykonywanego zawodu, jestem odrobinę zobligowany. W końcu ciekawość dołożyła swoje do urlopu kolegi i władowałem się bez wazeliny w paszczę lwa. Torba na kółkach toczyła się „tuktuk” po krynickiej kostce Bauma, mając za konia mnie samego. Może liczyłem na to, że wygrodzę sobie trochę przestrzeni w górach, że nie będzie mnie obchodzić świat niskich manier i dużych pieniędzy.

poniedziałek, 3 września 2018

W krainie Świętej Paraskewy

Żar z nieba zaczął się wylewać na nas już o dziewiątej rano, gdy czekaliśmy na peronie w Krakowie na opóźniony pociąg do Jarosławia. Mimo wszystko lekki wiatr dodawał otuchy. Chyba powiał dostatecznie dobrze dopiero wtedy, gdy podstawili Pendolino do Gdyni. Niemalże słyszalny był skrzekot mew. No, ale dobra nie będę narzekał, bo w końcu podjechał nasz IC ze sprawną klimatyzacją, więc było git.

Zapakowaliśmy się z rowerami i ruszyliśmy w nieznane. Trochę byłem jeszcze myślami na koncercie Iron Maiden, który widziałem poprzedniego wieczoru. Co ja bredzę, że trochę. Totalnie byłem tym pochłonięty. Porozmawiać się ze mną nie dało, bo w kółko walcowałem materiał, który nagrałem sobie na pamiątkę. Całe półtorej minuty szaleństwa. Warto było.

środa, 22 sierpnia 2018

W Sarajewie życie jest krótkie


O 10 rano, w święto Matki Boskiej Zielnej, w środku muzułmańskiego Sarajewa, było potwornie gorąco. Ciężkie powietrze lądowało w kotlinie, w której położone jest miasto, na szczytach gór gromadziły się ciężkie chmury.

Po trzydniowej podróży pociągami i autobusami z Warszawy nie dało się wstać wcześniej, choć bardzo chciałem. Nie dało się także dlatego, że w nocy, na ganku domku wynajętego od młodego Bośniaka, spotkałem dwójkę Niemców, którzy ochoczo częstowali winem. Do tego w samolocie udało im się przemycić... 5 gram trawy. Gdy okazało się, że dziewczyna (Alex) pracuje dla niemieckiego wydawnictwa publikującego książki Szczerka, a na dodatek wie czym jest balsam Vigor, rozmów i zabawy nie było końca. To znaczy koniec był, ale jakoś wcześnie rano. Gdy po pobudce skierowaliśmy swoje nogi po buły do sklepu okazało się, że najpopularniejszą wódką w Bośni... jest wóda Vigor. Wygląda na to, że na Bałkanach jadą na sławie ukraińskiego trunku.

piątek, 13 lipca 2018

Mundial Sądecczyzny


Autobus z Krakowa do Rytra jechał już trzecią godzinę i dojechać nie mógł. Choć powinien. Obok mnie siedział spocony góral z torbą twarogu, przede mną, trzymając się poręczy, chwiała się gibka studentka opowiadająca z przejęciem o swojej podróży po Rosji. Mieszała się przyjemnie lokalność z wielkim światem. 

Za oknem starego autobusu, którego nie chcieli już Francuzi, słońce czasami wychodziło zza chmur i odbijało się od dachów samochodów stojących przed nami w korku między Tęgoborzem a Kurowem. Było przyjemnie do momentu, kiedy organoleptycznie stwierdziłem, że pokładowa ubikacją to po prostu składowisko rupieci i rzeczy własnych kierowcy.

poniedziałek, 21 maja 2018

Rodzynki


Może lepiej byłoby zacząć zupełnie z innej strony i trochę pobiadolić o czymkolwiek. Tyle razy już dziś próbowałem coś napisać, że zgłupiałem do reszty. Za każdym razem wychodziło mi na początku, że pada deszcz, jest mrok i jest smutno. Od razu wiadomo, że wszystko zmierza do wypicia czegoś w bramie i łażenia po ciemnych ulicach. Bo gdy pada i zimno, i wieje, to zawsze trzeba coś wypić. Potem trzeba jeszcze wspomnieć o dawnej miłości, która przepadła jak stara baba w internecie i w kółko powtarzać, że teraz to już zawsze się będzie samemu i takie tam.

poniedziałek, 7 maja 2018

Weekend z Führerem

Dokładnie 25 złotych kosztuje kolejowy bilet, dzięki któremu można wyjechać z dolnośląskiego Bolesławca i przez cały dzień jeździć po wschodniej Saksonii. Za niewielkie pieniądze można sprawdzić jak wypadamy w porównaniu z poenerdowskimi landami w konkurencji pozbywania się komunistycznych traum i wyścigu po auto z alufelgami z trzema literami w nazwie. Tyle kosztuje jednodniowy bilet kolejowy Euro – Nysa, ważny w obszarze trójstyku granic Polski, Niemiec i Czech.

środa, 14 marca 2018

Zamiast wstępu

Od wielu już tygodni planowaliśmy (Michaś i Adaś) rozpocząć wspólny projekt literacko-podróżniczy. W końcu się udaje. Sami jesteśmy ciekawi, czy bazgroły dwóch smutnych gości z wiosek na Pomorzu okażą się być dla Was ciekawe, czy też zakończymy to razu któregoś i po prostu pójdziemy na piwo...